Nieprzyjemny swąd budzi Argentę. Zupełnie jak kiedyś gdy
zostawiła tygiel na ogniu do samego rana. Ten zapach był jednak bardzo
niepokojący, gdyż w pokoju oprócz pryczy i kilku starych mebli nie było nic.
Jest mocno przed świtem. Za oknem martwa cisza a korytarz za drzwiami wciąż
ciemny i pusty. Nagle z podwórza dobiega potężny huk, jakby na bruk z 15 metrów zrzucono co
najmniej dwa tuziny beczek. Zabudowa Pritzstock zaczyna lśnić pomarańczowym
blaskiem – coś właśnie eksplodowało. Argenta szybko wybiegła z pokoju by
obudzić Heidrika i Siegfrieda.
* * *
...IGNIS SATURATI MARCAS HUMI...
Z delikatnym echem unoszą się szepty. Jarząca się
płomienistą czerwienią dłoń rysuje znaki na ziemi tworząc zbiór skomplikowanych
symboli koncentrycznie ułożonych wokół trzypiętrowej, podmurowanej strażnicy.
...SIT SCINTILLAE REPLETE A’RIS...
Kolejne szepty i znaki tworzone przez czarodzieja wypełniają
powietrze zapachem ozonu. Włosy elektryzują się i stają dęba.
...IMPLEAT
SPATIUM CALOREM...
Złowieszczym szeptem rytuał dopełnia się. Robi się ciepło,
potem gorąco. Drewniane ściany budynku zaczynają się tlić niczym łuczywka w
ognisku.
...AQSHY POTESTATEM IGNITATIS...
Belki nośne ścian zaczynają skwierczeć i strzelać. Iskry
pryskają coraz gęściej i szybciej. Jest bardzo gorąco, budynek zaczyna lśnić na
nocnym niebie niczym nie dogaszona pochodnia. Zapach palonego starego drewna
obficie wypełnia powietrze. Szum iskier i rozgrzewającej się drewnianej
kondygnacji wypełnia wiejską ciszę. Mija klika chwil dziwnego napięcia...
...AQSHY POTESTATEM IGNITATIS !...
Silnym buchnięciem ognia cała budowla staje w płomieniach.
Nakreślone runy na ziemi zapłonęły soczystą czerwienią. Wielkie jęzory ognia
buchają z okien i dachu rozrywając okiennice i rozrzucając drobne deski i
drzazgi na wszystkie strony. Zabudowa całej wsi zalśniła od pomarańczowej łuny
a snop iskier sięga kilkadziesiąt metrów czyniąc go widocznym z kilometrów.
Drzwi płonącego budynku otwierają się z hukiem. W ostatniej
chwili w bieliźnie wybiega dwóch młodych ludzi, a za nimi trzeci niosący
rannego dowódcę na barkach. Zszokowani mieszkańcy zbierają się wokół potężnego
ogniska. Ostatnie wartościowe drobiazgi zostają rychło wyniesione po czym
kondygnacje zaczynają się walić. Mieszkańcy są bezradni. Płomienie są zbyt
silne, pożar rozpętał się na dobre i żadne wiadra z wodą nie pomogą.
* * *
W dopalających się zgliszczach nie odnaleziono ciała
Henriego Phelippe Rocheteau. Wśród dopalających się ogarków i ciepłego popiołu
w czymś co kiedyś było celą leżą jedynie zabrudzone i rozgrzane kajdany. Wygląda
na to, że Dieter Maraneur dokonał własnego samosądu osiągając swą zemstę. Oczywiście
ślad po nim zaginął.
Argenta, Heidric oraz ciężko poparzony, ledwo żywy Siegfried
zebrali swoje toboły aby z samego rana opuścić wioskę. Zabierają z sobą całą
ponad osiemdziesięciolitrową beczkę wina Pritzstock Reisling i zorganizowanym
przez Elisabetę Rocheteau wozem towarowym wyruszają z powrotem do miejscowości
Werder, gdzie mają spotkać się ze swą towarzyszką Isolde, która leczy się z
tajemniczej choroby i skąd zamierzają złapać łódź do Altdorfu. Do Werder docierają
po niecałych dwóch dniach podróży. Okazuje się, że dwa dni temu Isolde
porozumiała się z grupą podróżnych i razem z nimi nikomu nic nie mówiąc wyruszyła
rzeką na zachód – prawdopodobnie do Altdorfu. Nikt nie wie co skłoniło ją do
tak szybkiej i niespodziewanej decyzji. Heidric czuje się nieco rozdarty,
ostatnie kilka lat, które spędził na naukach w tutejszej kaplicy Sigmara mocno
związały go z tym miejscem. Ostatnie wydarzenia jednak były przełomowe, a nowi
towarzysze są okazją do zmiany swego przeznaczenia i rozwoju. Ponadto Siegfried
potrzebuje lepszej pomocy medycznej a Argenta nie jest w stanie sama dostarczyć beczki wina. Heidric decyduje szybko przerwać więź z
dotychczasowym życiem i idzie za ciosem. Pozostawiają Werder pod opieką swego
przyjaciela Leona wraz z Argentą i Siegfriedem z samego świtu wypływają
Talabekiem na zachód.
Przed wejściem na pokład Argenta uświadamia sobie, że
obsługa konia to jest jakieś nieporozumienie. Przecież to zwierze od zawsze
służy ludziom, jak to możliwe że ten osobnik nie chce dać na siebie założy tego
skórzanego ustrojstwa i pozwolić się wyprowadzić ze stajni. Próbując
wykalkulować dlaczego ten koń jest taki niesforny dziewczyna traci sporo czasu.
Wchodzący gospodarz, który kilkoma zgrabnymi ruchami w moment oporządza konia
jest dla Argenty jak uderzenie liściem kapusty o jej policzek. Cała
dotychczasowa wiara w naukę i logikę rozbiła się jak kieliszek upadający na
bruk. Bez słowa chwyta za uzdę u udaje się na keję by dołączyć do reszty...
Pomimo delikatnego wietrzyku rzeka Talabek płynie spokojnie
swym nurtem. Da sięodczuć zapach świeżej wody a z gęstwiny roślin przybrzeżnych
dobiega poranny rechot. Od czasu do czasu coś zaćwierka na tle stukających
łódek, lin, haków i sieci.
Przy kei stoi przycumowana średniej wielkości dwumasztowa
łódź rzeczna. Wydaje się być długa i bardzo smukła, jest lekko oklejona glonami
i wodorostami przy linii wody ale poza tym wydaje się być bardzo zadbana.
Oprócz mnóstwa lin i uchwytów na burcie można dostrzec dwa gniazda na wiosła
oraz furtę burtową, do której prowadzi solidna drewniana kładka łącząca pokład
z keją. Na łodzi kręci się kilka osób i chyba przygotowują się do odpłynięcia.
* * *
Łódź powoli odbija od brzegu. Markus przykłada sporo siły
aby wiosłem odepchnąć łódź od kei. Adrian uważnie manipuluje sterem a reszta
załogi wciągają połowę żagli. Kapitan Sauber zwija liny od czasu do czasu
wydając krótkie komendy chłopakom. Dla wszystkich wydaje się to być rutyną a
łódź delikatnie kołysząc szybko ustawia się wzdłuż nurtu.
* * *
Rozlega się głośny dźwięk rogu a na dziobową bakburtę lądują
haki i bosaki. Niewielka, zgrabna łódź podpływa ustawiając się kierunkiem do
Reisermesser. Jednomasztowa, długa i solidna łódź z licznymi gniazdami
wiosłowymi posiada kilka niewielkich armatek. Na pokładzie stoi sześcioro
uzbrojonych w kusze mężczyzn odzianych w zielono białe mundury. Gładko ogolony
mężczyzna ze złotymi pagonami i wielkim czerwono niebieskim pióropuszem
dzierżąc miecz w dłoni krzyczy:
- Hej wy tam! Zostajecie zatrzymani!
Reiklandzki patrol rzeczny dokonuje rutynowej inspekcji. Niestety
na łodzi wszystko wydaje się być w porządku a przywódca patrolu zaczyna
marudzić i szuka na siłę powodu do wymuszenia kary. Kapitan Florian Sauber
jednak zgrabnie spławia strażników i patrol oddala się.
Powoli zmierzcha, dzień wyraźnie robi się krótszy w końcu
MITTHERBST już za kilka dni a sierpowy Mannslieb dopiero zaczął się dopełniać w
pierwszą kwadrę. Mury miasta już niedaleko, powietrze zaczyna gęstnieć i
chłodnąć a zapach świeżej wody przemienia się w nie tak przyjemną glonową woń.
Aregenta nerwowo wierzga nogami, jakby próbowała się od
czegoś odgonić, liczne fiolki i narzędzia robią dużo hałasu, jej szeroko rozwarte
oczy błyszczą czerwienią a rude, krótkie włosy stają dęba. Chudymi rękami niezgrabnie ociera twarz i usta a nogami
mocno wierzga o wilgotną, twardą podłogę. Głośno i szybko oddycha jakby tuż po
wyczerpującym biegu a jej szeroko rozwarte, bezbrwiowe, wilgotne oczy błyszczą
czerwienią wpatrzone w niebo. Szybko podbiega do niej Heidric i Florian
delikatnie klepiąc ją po policzkach krzyczy -
Hej! Nic Ci nie jest! ... po
krótkiej chwili dziewczyna spogląda na niego, potem nerwowo na resztę obecnych,
jej twarz, oczy i włosy wracają do normy a oddech powoli się uspakaja... Czy ta
miastowa dzieczyna aż tak źle znosi żeglugę?
Wkrótce łódź dociera do miasta. Grzęźnie w mozolnej i
powolnej procedurze odprawy rogatkowej.
Wysokie, wybrukowane kamienne wybrzeże
wypełnione jest wieloma podmurowanymi budynkami liczącymi co najmniej dwa piętra. Po nabrzeżu chodzi sporo sylwetek ludzi, słychać wiele rozmów, krzyków, pretensji i śmiechu. Skontrolowany zostaje ładunek oraz sprzęt bohaterów. Siegfriedowi nie pozwolono dostać się do miasta z jego włócznią – być może gruby, plujący się celnik liczył na jakiś zadatek. Najemnik i akolita zostali poinformowani i pouczeni otrzymując w ręce glejt uprawniający ich do ograniczonego pobytu w mieście. Heidric nigdy nie spodziewał się, że
wjazd do tak wielkiego i ‘legendarnego’ miasta będzie tak problematyczny i niezbyt przyjemny. Argenta natomiast pozostała niewzruszona – jako jedyna posiada pełne obywatelstwo.
Łódź wpłynęła nocą do nie śpiącego miasta. Bohaterowie zostają wysadzeni
w dzielnicy biedoty Reikerbahn, gdzie wraz z koniem i beczką pragną
udać się do najbliższej tawerny by odetchnąć i poukładać dalsze plany.
- A cóż to macie? Czy to gorzałeczka? spytał zachrypnięty
głos. Trzech niezbyt trzeźwych obdartusów zastępuje im drogę. – Może podzielicie
się i wspólnie obalimy zawartość tej baryłeczki coo?
- Człowieku, odstąp! – rzucił Heidric wystawiając rękę w
stronę szczerbatego brudasa.
- To zostawcie nam beczkę i możecie sobie iść.
- Trzymaj łapy przy sobie i zjeżdżaj stąd zanim komuś coś
się stanie!
- Słyszałeś co powiedział Hans? Ten łysol szczeka!–
zbulwersował się jeden z obdartusów.
Jego kolega wyjął pałkę zza pleców i zabiera się do
uderzenia nią Heidrica.
- Heidric z przygotowanym młotem reaguje błyskawicznie. Perfekcyjnie
trafia butem prosto w krocze szczerbatego brudasa sprowadzając go z bólem do
parteru.
- Texentes ventis... Nunc sis informes! wykrzyknęła Argenta
a z jej dłoni poleciały przezroczyste strużki białej energii, które natychmiast pozbawiły uzbrojonego w pałkę napastnika równowagi. Chłop poślizgnął się na czymś bliżej
nieokreślonym i uderzył głową o bruk. Trzeci napastnik zorientował się, że to
nie tak miało być i dał nogę w najbliższą ciemną uliczkę w nadziei że zniknie.
Pech chciał, że wpadł na coś, wywołał straszny harmider w uliczce i poważnie
złamał nogę pod kolanem. Wołając pomocy sprowadził straż z pobliskich doków - jak się okazało obdarty zbir potknął się o zwłoki leżące w uliczce w potwornej kałuży krwi.
Sytuacja prawdopodobnie skończyłaby się inaczej, gdyby nie
to, że nazwisko Heidrica wywołało duże zainteresowanie sierżanta straży. Heidricowi
pokazano kawałek wygarbowanej skóry wołowej, na której ktoś ostatkiem sił krwią
nakreślił „bischof h” co nieco komplikuje sprawę...
Od MG: Był to rodzaj przygody - przerywnika. Spokojny etap gdzie BG przemieszczali się z jednego miejsca do drugiego. Celem tego prostego scenariusza, było umożliwić graczom wykazanie się i popracowanie nad swoimi postaciami, zawiązanie relacji pomiędzy BG oraz zapewnienie im odrobiny czasu dla siebie by zrobić porządek w dzienniku i wylizać rany.
Gracze zrobili ogromny postęp, wręcz przeszli samych siebie i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Widać że pracują nad swymi postaciami i nad grą. Przygotowali się do sesji pomimo tego, że - wydaje mi się - zostali nieco zaskoczeni pewnymi wydarzeniami. Mam nadzieję, że sami to również dostrzegli i poczuli różnicę.
Tak trzymać!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz