niedziela, 3 listopada 2013

Interwał pierwszy


Nieprzyjemny swąd budzi Argentę. Zupełnie jak kiedyś gdy zostawiła tygiel na ogniu do samego rana. Ten zapach był jednak bardzo niepokojący, gdyż w pokoju oprócz pryczy i kilku starych mebli nie było nic. Jest mocno przed świtem. Za oknem martwa cisza a korytarz za drzwiami wciąż ciemny i pusty. Nagle z podwórza dobiega potężny huk, jakby na bruk z 15 metrów zrzucono co najmniej dwa tuziny beczek. Zabudowa Pritzstock zaczyna lśnić pomarańczowym blaskiem – coś właśnie eksplodowało. Argenta szybko wybiegła z pokoju by obudzić Heidrika i Siegfrieda.

* * *

...IGNIS SATURATI MARCAS HUMI...
Z delikatnym echem unoszą się szepty. Jarząca się płomienistą czerwienią dłoń rysuje znaki na ziemi tworząc zbiór skomplikowanych symboli koncentrycznie ułożonych wokół trzypiętrowej, podmurowanej strażnicy.
...SIT SCINTILLAE REPLETE A’RIS...
Kolejne szepty i znaki tworzone przez czarodzieja wypełniają powietrze zapachem ozonu. Włosy elektryzują się i stają dęba.
...IMPLEAT SPATIUM CALOREM...
Złowieszczym szeptem rytuał dopełnia się. Robi się ciepło, potem gorąco. Drewniane ściany budynku zaczynają się tlić niczym łuczywka w ognisku.
...AQSHY POTESTATEM IGNITATIS...
Belki nośne ścian zaczynają skwierczeć i strzelać. Iskry pryskają coraz gęściej i szybciej. Jest bardzo gorąco, budynek zaczyna lśnić na nocnym niebie niczym nie dogaszona pochodnia. Zapach palonego starego drewna obficie wypełnia powietrze. Szum iskier i rozgrzewającej się drewnianej kondygnacji wypełnia wiejską ciszę. Mija klika chwil dziwnego napięcia...
...AQSHY POTESTATEM IGNITATIS !...
Silnym buchnięciem ognia cała budowla staje w płomieniach. Nakreślone runy na ziemi zapłonęły soczystą czerwienią. Wielkie jęzory ognia buchają z okien i dachu rozrywając okiennice i rozrzucając drobne deski i drzazgi na wszystkie strony. Zabudowa całej wsi zalśniła od pomarańczowej łuny a snop iskier sięga kilkadziesiąt metrów czyniąc go widocznym z kilometrów.
Drzwi płonącego budynku otwierają się z hukiem. W ostatniej chwili w bieliźnie wybiega dwóch młodych ludzi, a za nimi trzeci niosący rannego dowódcę na barkach. Zszokowani mieszkańcy zbierają się wokół potężnego ogniska. Ostatnie wartościowe drobiazgi zostają rychło wyniesione po czym kondygnacje zaczynają się walić. Mieszkańcy są bezradni. Płomienie są zbyt silne, pożar rozpętał się na dobre i żadne wiadra z wodą nie pomogą.

* * *

W dopalających się zgliszczach nie odnaleziono ciała Henriego Phelippe Rocheteau. Wśród dopalających się ogarków i ciepłego popiołu w czymś co kiedyś było celą leżą jedynie zabrudzone i rozgrzane kajdany. Wygląda na to, że Dieter Maraneur dokonał własnego samosądu osiągając swą zemstę. Oczywiście ślad po nim zaginął.
Argenta, Heidric oraz ciężko poparzony, ledwo żywy Siegfried zebrali swoje toboły aby z samego rana opuścić wioskę. Zabierają z sobą całą ponad osiemdziesięciolitrową beczkę wina Pritzstock Reisling i zorganizowanym przez Elisabetę Rocheteau wozem towarowym wyruszają z powrotem do miejscowości Werder, gdzie mają spotkać się ze swą towarzyszką Isolde, która leczy się z tajemniczej choroby i skąd zamierzają złapać łódź do Altdorfu. Do Werder docierają po niecałych dwóch dniach podróży. Okazuje się, że dwa dni temu Isolde porozumiała się z grupą podróżnych i razem z nimi nikomu nic nie mówiąc wyruszyła rzeką na zachód – prawdopodobnie do Altdorfu. Nikt nie wie co skłoniło ją do tak szybkiej i niespodziewanej decyzji. Heidric czuje się nieco rozdarty, ostatnie kilka lat, które spędził na naukach w tutejszej kaplicy Sigmara mocno związały go z tym miejscem. Ostatnie wydarzenia jednak były przełomowe, a nowi towarzysze są okazją do zmiany swego przeznaczenia i rozwoju. Ponadto Siegfried potrzebuje lepszej pomocy medycznej a Argenta nie jest w stanie sama dostarczyć beczki wina. Heidric decyduje szybko przerwać więź z dotychczasowym życiem i idzie za ciosem. Pozostawiają Werder pod opieką swego przyjaciela Leona wraz z Argentą i Siegfriedem z samego świtu wypływają Talabekiem na zachód.

Przed wejściem na pokład Argenta uświadamia sobie, że obsługa konia to jest jakieś nieporozumienie. Przecież to zwierze od zawsze służy ludziom, jak to możliwe że ten osobnik nie chce dać na siebie założy tego skórzanego ustrojstwa i pozwolić się wyprowadzić ze stajni. Próbując wykalkulować dlaczego ten koń jest taki niesforny dziewczyna traci sporo czasu. Wchodzący gospodarz, który kilkoma zgrabnymi ruchami w moment oporządza konia jest dla Argenty jak uderzenie liściem kapusty o jej policzek. Cała dotychczasowa wiara w naukę i logikę rozbiła się jak kieliszek upadający na bruk. Bez słowa chwyta za uzdę u udaje się na keję by dołączyć do reszty...

Pomimo delikatnego wietrzyku rzeka Talabek płynie spokojnie swym nurtem. Da sięodczuć zapach świeżej wody a z gęstwiny roślin przybrzeżnych dobiega poranny rechot. Od czasu do czasu coś zaćwierka na tle stukających łódek, lin, haków i sieci.
Przy kei stoi przycumowana średniej wielkości dwumasztowa łódź rzeczna. Wydaje się być długa i bardzo smukła, jest lekko oklejona glonami i wodorostami przy linii wody ale poza tym wydaje się być bardzo zadbana. Oprócz mnóstwa lin i uchwytów na burcie można dostrzec dwa gniazda na wiosła oraz furtę burtową, do której prowadzi solidna drewniana kładka łącząca pokład z keją. Na łodzi kręci się kilka osób i chyba przygotowują się do odpłynięcia.

* * *

Łódź powoli odbija od brzegu. Markus przykłada sporo siły aby wiosłem odepchnąć łódź od kei. Adrian uważnie manipuluje sterem a reszta załogi wciągają połowę żagli. Kapitan Sauber zwija liny od czasu do czasu wydając krótkie komendy chłopakom. Dla wszystkich wydaje się to być rutyną a łódź delikatnie kołysząc szybko ustawia się wzdłuż nurtu.

* * *

Rozlega się głośny dźwięk rogu a na dziobową bakburtę lądują haki i bosaki. Niewielka, zgrabna łódź podpływa ustawiając się kierunkiem do Reisermesser. Jednomasztowa, długa i solidna łódź z licznymi gniazdami wiosłowymi posiada kilka niewielkich armatek. Na pokładzie stoi sześcioro uzbrojonych w kusze mężczyzn odzianych w zielono białe mundury. Gładko ogolony mężczyzna ze złotymi pagonami i wielkim czerwono niebieskim pióropuszem dzierżąc miecz w dłoni krzyczy:
- Hej wy tam! Zostajecie zatrzymani!
Reiklandzki patrol rzeczny dokonuje rutynowej inspekcji. Niestety na łodzi wszystko wydaje się być w porządku a przywódca patrolu zaczyna marudzić i szuka na siłę powodu do wymuszenia kary. Kapitan Florian Sauber jednak zgrabnie spławia strażników i patrol oddala się.
Powoli zmierzcha, dzień wyraźnie robi się krótszy w końcu MITTHERBST już za kilka dni a sierpowy Mannslieb dopiero zaczął się dopełniać w pierwszą kwadrę. Mury miasta już niedaleko, powietrze zaczyna gęstnieć i chłodnąć a zapach świeżej wody przemienia się w nie tak przyjemną glonową woń.

Aregenta nerwowo wierzga nogami, jakby próbowała się od czegoś odgonić, liczne fiolki i narzędzia robią dużo hałasu, jej szeroko rozwarte oczy błyszczą czerwienią a rude, krótkie włosy stają dęba. Chudymi rękami  niezgrabnie ociera twarz i usta a nogami mocno wierzga o wilgotną, twardą podłogę. Głośno i szybko oddycha jakby tuż po wyczerpującym biegu a jej szeroko rozwarte, bezbrwiowe, wilgotne oczy błyszczą czerwienią wpatrzone w niebo. Szybko podbiega do niej Heidric i Florian delikatnie klepiąc ją po policzkach krzyczy -  Hej!  Nic Ci nie jest! ... po krótkiej chwili dziewczyna spogląda na niego, potem nerwowo na resztę obecnych, jej twarz, oczy i włosy wracają do normy a oddech powoli się uspakaja... Czy ta miastowa dzieczyna aż tak źle znosi żeglugę?



Wkrótce łódź dociera do miasta. Grzęźnie w mozolnej i powolnej procedurze odprawy rogatkowej.


Wysokie, wybrukowane kamienne wybrzeże wypełnione jest wieloma podmurowanymi budynkami
liczącymi co najmniej dwa piętra. Po nabrzeżu chodzi sporo sylwetek ludzi, słychać wiele rozmów, krzyków, pretensji i śmiechu. Skontrolowany zostaje ładunek oraz sprzęt bohaterów. Siegfriedowi nie pozwolono dostać się do miasta z jego włócznią – być może gruby, plujący się celnik liczył na jakiś zadatek. Najemnik i akolita zostali poinformowani i pouczeni otrzymując w ręce glejt uprawniający ich do ograniczonego pobytu w mieście. Heidric nigdy nie spodziewał się, że
wjazd do tak wielkiego i ‘legendarnego’ miasta będzie tak problematyczny i niezbyt przyjemny. Argenta natomiast pozostała niewzruszona – jako jedyna posiada pełne obywatelstwo.

Łódź wpłynęła nocą do nie śpiącego miasta. Bohaterowie zostają wysadzeni w dzielnicy biedoty Reikerbahn, gdzie wraz z koniem i beczką pragną udać się do najbliższej tawerny by odetchnąć i poukładać dalsze plany.

- A cóż to macie? Czy to gorzałeczka? spytał zachrypnięty głos. Trzech niezbyt trzeźwych obdartusów zastępuje im drogę. – Może podzielicie się i wspólnie obalimy zawartość tej baryłeczki coo?
- Człowieku, odstąp! – rzucił Heidric wystawiając rękę w stronę szczerbatego brudasa.
- To zostawcie nam beczkę i możecie sobie iść.
- Trzymaj łapy przy sobie i zjeżdżaj stąd zanim komuś coś się stanie!
- Słyszałeś co powiedział Hans? Ten łysol szczeka!– zbulwersował się jeden z obdartusów.
Jego kolega wyjął pałkę zza pleców i zabiera się do uderzenia nią Heidrica.
- Heidric z przygotowanym młotem reaguje błyskawicznie. Perfekcyjnie trafia butem prosto w krocze szczerbatego brudasa sprowadzając go z bólem do parteru.
- Texentes ventis... Nunc sis informes! wykrzyknęła Argenta a z jej dłoni poleciały przezroczyste strużki  białej energii, które natychmiast pozbawiły uzbrojonego w pałkę napastnika równowagi. Chłop poślizgnął się na czymś bliżej nieokreślonym i uderzył głową o bruk. Trzeci napastnik zorientował się, że to nie tak miało być i dał nogę w najbliższą ciemną uliczkę w nadziei że zniknie. Pech chciał, że wpadł na coś, wywołał straszny harmider w uliczce i poważnie złamał nogę pod kolanem. Wołając pomocy sprowadził straż z pobliskich doków - jak się okazało obdarty zbir potknął się o zwłoki leżące w uliczce w potwornej kałuży krwi.

Sytuacja prawdopodobnie skończyłaby się inaczej, gdyby nie to, że nazwisko Heidrica wywołało duże zainteresowanie sierżanta straży. Heidricowi pokazano kawałek wygarbowanej skóry wołowej, na której ktoś ostatkiem sił krwią nakreślił „bischof h” co nieco komplikuje sprawę...


Od MG: Był to rodzaj przygody - przerywnika. Spokojny etap gdzie BG przemieszczali się z jednego miejsca do drugiego. Celem tego prostego scenariusza, było umożliwić graczom wykazanie się i popracowanie nad swoimi postaciami, zawiązanie relacji pomiędzy BG oraz zapewnienie im odrobiny czasu dla siebie by zrobić porządek w dzienniku i wylizać rany.

Gracze zrobili ogromny postęp, wręcz przeszli samych siebie i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Widać że pracują nad swymi postaciami i nad grą. Przygotowali się do sesji pomimo tego, że - wydaje mi się - zostali nieco zaskoczeni pewnymi wydarzeniami. Mam nadzieję, że sami to również dostrzegli i poczuli różnicę.

Tak trzymać!