19 Erntezeit 2510 K.I.
- Dlaczego nikt z nas nie wpadł na to, aby sprawdzić okno? –
Spytał Heidric.
- Może dlatego, że nikt nie spodziewał się, że przez okno
wychodzące na główną ulicę odważy się przekraść włamywacz. – tłumaczy
zaskoczona Erica.
- Sukinsyn... – dobiega mamrotanie z kierunku, w którym
Siegfried rozgrzebuje swoje tobołki.
- Ewidentnie wiedział co robi, szukał tylko mieszków,
wystarczył mu pierwszy lepszy. – ciągnie Argenta.
- Psia jego mać... – wciąż dobiega.
- Dziwne, że nie zabrał nic naszego – skomentował Heidric.
- Było ciemno, losowo łapał to co było mu łatwo skraść, po prostu przypadek – tłumaczy Argenta próbując spoglądać na Siegfrieda.
- Nie ma! Wszystko skurwiel zabrał, miałem z tego wykupić
Ogra! Teraz jestem bez grosza i bez pomysłu psia mać – niech sczeźnie menda
chędożona! – wyrzucił zirytowany najemnik wstając.
- Masz tu kilka szylingów ode mnie, później mi oddasz. W tej
chwili nic nie poradzisz. – próbowała uspokoić Argenta – a mamy sporo innych zmartwień.
- Dobrze ci się gada, ale dzięki za wsparcie. – skwitował
najemnik.
- Nie rozklejaj się tak, ja też nie długo cieszyłem się z
nowej broni, na którą wydałem cały majątek. Teraz zostałem z kikutem zamiast
miecza. – dodał stanowczo Heidric mając nadzieję, że zakończy temat – chodźcie,
spaliśmy długo a czas nam się kończy.
. . .
Rzeczywiście było już późno – koło południa. Pogoda
oczywiście bez zmian, no może trochę mniej pada. Poza tym wciąż zimno,
pochmurno i nieprzyjemnie. Mimo to ludzie pracują i biegają po mieście za
sprawami, które tylko oni rozumieją. Trójka bohaterów zdecydowała, że
wybiorą się znów do Reikerbahn, aby porozmawiać z herr Strasserem i omówić co
zaszło wczorajszego dnia. Mięli też nadzieję porozmawiać z Biancą na temat
Marca, który gdzieś uciekł po tym jak potwór wpadł do budynku.
Tego dnia Heidric był bardzo zamyślony ale też niespokojny.
Siegfried także nie wyglądał najlepiej, głównie ze strony psychicznej. Ból nogi
tylko wzmagał jego stres. Argenta niepokoiła się stanem rzeczy – to nie może
tak długo trwać – pomyślała – albo nas wrzucą do lochów albo zwariujemy. Trzeba
działać - Argenta zaczęła tworzyć plan poczynań, chciała wprowadzić go w życie
tuż po tym, jak Heidric rozmówi się ze Strasserem w strażnicy. Niestety to, z
czym wyskoczył młody akolita wymagało wprowadzenia pewnych zmian.
- Schodzę do kanałów, niezależnie od waszej decyzji –
oznajmił.
Zagłębiając się ponownie w brudne zaułki Reikerbahn, które
przeżywało ostatnimi dniami tajemniczą odmienność, wpadli znów na chłopca
imieniem Tede. Ten zwęszył okazję do zarobienia kilku groszy i zaprowadził ich ponownie do spływu kanalizacyjnego.
Na prośbę Argenty, Tede nakreślił w błocie prosty plan
okolicy, aby pomóc im rozeznać się w tej cholernej, brudnej dzielnicy.
Z mapy stworzonej przez chłopca, dość wyraźnie da się
odnaleźć kilka punktów. Oczywiście bez jego wyjaśnień byłoby to niemożliwe.
- Nie schodzę z Heidrikiem do ścieku, obawiam się o
zakażenie rany na nodze przez taplanie się w nieczystościach. - postanowił
Siegfried.
- Ja także nie mam najmniejszej ochoty wchodzić do kanałów,
niczego tam nie znajdziemy. Postanowiliśmy wraz z Siegfriedem, że przejrzymy
jeszcze raz notatki znalezione w strażnicy. Potem udamy się do domu Jostenów.
Gwar ulicy oraz miejsce nie sprzyja wertowaniu papierów, wiec udamy się w
spokojniejsze miejsce, którym okaże się prawdopodobnie karczma "Pod
pękniętą baryłką". – oznajmiła Argenta.
- Dobrze więc. I tak już się ubrudziłem w tym ścieku, więc
wykorzystam to i jeszcze raz tam zejdę. Mam dziwne przeczucie, coś mnie tam
ciągnie. - Siegfired ma rację, z ranną nogą
niewiele mógłbyś pomóc – pomyślał – i
tak ledwo chodził.
- Z resztą wy w ciemnościach mięlibyście problem z rozeznaniem.
Akolita zacisnął pieści, pomysł nie przypadł do gustu
towarzyszom, jednak argument najemnika był bardzo trafny, kolejna wizyta u kapłanek
Shallyi mogłaby nie pomóc – pomyślał.
- Tede Czy możesz mi znaleźć jakąś lampę bądź pochodnię? Coś
co łatwo zapalić i zgasić, lub zmniejszyć ilość światła. Lampa byłaby mile
widziana.
- Za lampę to tu każdy zaryzykowałby złamanie nosa by ją
odsprzedać. Ale mogę zorganizować jakąś prowizoryczną pochodnię. Nie zapewnię
jednak, że to źródło światła wystarczy na długo. – odparł chłopiec.
Tede odszedł na kilka chwil aby zorganizować to o czym
mówił. Po paru minutach wraca i wręcza Heidrikowi przedmiot. - Lepiej uważaj, w
kanałach są groźniejsze rzeczy niż pijawy i zakapiory. Niektórzy opowiadali
jak to ich znajomi tracili ręce i nogi. A inni to wariują na stałe albo wcale
nie wracają. Łatwo się poślizgnąć i wpaść w jakiś szajs. – przestrzegał
chłopiec - Zamierzasz tam tak wejść bez zaszczanej szmaty na nosie? Musisz mieć
nos tak zapchany jak te kanały hehe... - śmiał się chłopak.
- Jeśli nie znajdę was przed nocą to szukajcie mnie jutro w strażnicy u Strassera lub jakiejś wiadomości ode mnie. – oznajmił Heidric gdy był gotów zanurzyć się w szlamie.
- Jeśli nie znajdę was przed nocą to szukajcie mnie jutro w strażnicy u Strassera lub jakiejś wiadomości ode mnie. – oznajmił Heidric gdy był gotów zanurzyć się w szlamie.
Wziąwszy sobie do serca słowa chłopca Heidric wyciąga jedną
ze swych koszul, zawiązuje nią twarz i bierze pochodnię. - Dzięki Tede. –
dodał.
- Powodzenia, niech
Verena ujawni przed wami sekrety tego miejsca. – pożegnał się z towarzyszami,
po czym ruszył brodząc do pasa w ściekowym szlamie. Szybko zniknął w
ciemnościach.
. . .
Kanały to ciemne i potwornie cuchnące miejsce. Nieustająco
płynące i kapiące ścieki doprowadzały do paranoi. Nawet nadzwyczajny wzrok
akolity nie pozwalał dostrzec zbyt wiele a ciągłe garbienie się w tych niskich
korytarzach nie pomagało, wręcz przeciwnie.
Dopiero teraz dotarło do niego, że znalazł się w sieci
niezliczonych korytarzy, kanalików, zlewisk i barykad utworzonych z zalegających śmieci. Okropny smród dał się mimo wszystko we znaki i Heidric zwymiotował.
Nie mając
pomysłu ani ‘przypadkowo-znalezionej-mapy-kanałów-z-punktami-orientacyjnymi’
ruszył jednym z kanałów odchodzących ze zlewiska, w którym się znalazł.
Ostrożnym krokiem przeszedł może kilkadzieścia metrów, w każdym razie już dawno
nie widział początku korytarza, ani jego drugiego końca. Idąc ostrożnie lewym
chodnikiem by się nie poślizgnąć i nie wpaść do centralnego koryta płynących
nieczystości natknął się na dziwną, w miarę czystą skrzynkę, wielkości mniej
więcej antałka.
- Cóż to jest? – pomyślał – trochę nie pasuje do
krajobrazu...
Mając nadzieję, że w ten sposób zachowa ostrożność uderzył w
skrzynkę młotem, który dostał od Strassera na jego prośbę. Skrzynia
eksplodowała z głośnym hukiem, natychmiast powalając akolitę i ogłuszając go
tak szybko, że nie zauważył nawet chwili upadku...
Było zimno i mokro. Gdy Heidric otworzył oczy było wciąż
ciemno chociaż jego niezwykły wzrok wyłapał szczątki światła, które odbijało
się od mokrych i śliskich ścian pomieszczenia, w którym się znalazł. Kraty kanałowe,
umieszczone na sklepieniu tego wysokiego, prostokątnego pomieszczenia
pozwoliły akolicie przyzwyczaić się do mroku. Już w chwili odzyskania
przytomności czuł, że był do połowy zanurzony w wodzie, ale teraz zrozumiał, że
cała sala jest nią wypełniona.
Siedział w stalowej, skorodowanej klatce, która wraz z nim zanurzona była w wodzie ściekowej. Klatka najwyraźniej wisiała na łańcuchu, przymocowanym do jakiejś konstrukcji z czterema prostopadle do siebie ułożonymi wysięgnikami. Na każdym wysięgniku wisiała podobna klatka, w sumie cztery klatki, a to wszystko zamocowane było do prostej przekładni przy suficie, która prawdopodobnie w jakiś sposób obracała klatkami. Heidric długo przyglądał się tej wilgotnej i starej konstrukcji. Zrozumiał, że gdyby obrócić całe to ustrojstwo, mógłby przybliżyć swoją klatkę do kamiennego występu, który ciągnął się środkiem tej sali ponad wodą w stronę odległej na kilkanaście metrów ściany, którą najsłabiej widział. Dostrzegał tam jedynie mnóstwo śmieci i nieczystości oraz prawdopodobnie wyjście. W wodzie coś pływało, czuł chwilami jak coś muska go po nogach i plecach pod wodą. Wszystkie klatki zanurzone były w równym stopniu w cuchnącej wodzie, ale tylko jedna z pozostałych trzech wyglądała na pustą. Próbując przyjrzeć się zawartości klatek, usłyszał ciche mlaskanie i chrupanie od strony odległej ściany. Rozpoznał jakiś ruch, ale mimo doskonałego wzroku nie mógł dostrzec szczegółów. Był za to pewien, że w tych dwóch klatkach uwięziono dwoje nieprzytomnych ludzi.
Siedział w stalowej, skorodowanej klatce, która wraz z nim zanurzona była w wodzie ściekowej. Klatka najwyraźniej wisiała na łańcuchu, przymocowanym do jakiejś konstrukcji z czterema prostopadle do siebie ułożonymi wysięgnikami. Na każdym wysięgniku wisiała podobna klatka, w sumie cztery klatki, a to wszystko zamocowane było do prostej przekładni przy suficie, która prawdopodobnie w jakiś sposób obracała klatkami. Heidric długo przyglądał się tej wilgotnej i starej konstrukcji. Zrozumiał, że gdyby obrócić całe to ustrojstwo, mógłby przybliżyć swoją klatkę do kamiennego występu, który ciągnął się środkiem tej sali ponad wodą w stronę odległej na kilkanaście metrów ściany, którą najsłabiej widział. Dostrzegał tam jedynie mnóstwo śmieci i nieczystości oraz prawdopodobnie wyjście. W wodzie coś pływało, czuł chwilami jak coś muska go po nogach i plecach pod wodą. Wszystkie klatki zanurzone były w równym stopniu w cuchnącej wodzie, ale tylko jedna z pozostałych trzech wyglądała na pustą. Próbując przyjrzeć się zawartości klatek, usłyszał ciche mlaskanie i chrupanie od strony odległej ściany. Rozpoznał jakiś ruch, ale mimo doskonałego wzroku nie mógł dostrzec szczegółów. Był za to pewien, że w tych dwóch klatkach uwięziono dwoje nieprzytomnych ludzi.
Co jest kurwa? – padło półszeptem.
- Kurwa tu jest pełno wody! Jasna cholera! – padło głośniej
tym razem – jaja se robicie!
Jedna z postaci w klatce zaczęła szarpać się i chlustać.
Wyraźnie burzyło to ciszę w sali.
- Spokojnie, jesteś zamknięty w klatce!, tak jak ja i ona. –
tłumaczył Heidric.
- To twoja sprawka koleś? łeb ci kurwa przetrącę! –
odpowiedział nieznajomy nerwowym głosem.
- Nie, nie moja. Mam ten sam problem jak widzisz. – odparł
akolita.
- Co ty do psiej mordy wiesz o moich problemach?! Kto ty w
ogóle kurwa jesteś co?
Heidric podirytował się nieco arogancją nieznajomego, uznał
jednak, że sytuacja nie jest warta by sobie tym głowę zawracać. – Jestem
Heidric, wpadłem w to gówno jak ty. – odparł - a ty kim jesteś?
- Karl Franz kurwa! – odrzucił zirytowany.
Heidric przemilczał rozumiejąc, że nie jest to partner do
elokwentnych dyskusji. Obserwował go jednak. Po chwili budzić zaczęła się druga
osoba. Tak to była kobieta, o czym utwierdził się gdy podniosła głowę.
- Co tu się dzieje? Gdzie ja jestem? – spytała zdecydowanym
głosem.
- Jestem Heidric. Ja, ty i ten koleś tam, jesteśmy uwięzieni.
– wytłumaczył akolita.
Kobieta rozejrzała się. Heidric spokojnie
przyglądał im się. Nieznajoma ewidentnie wyglądała na wściekłą za sprawą sytuacji
w jakiej się znalazła.
- Cizia weź tak nie majtaj tą klatką bo wodę burzysz! –
rzucił nerwowo nieznajomy.
- Mam na imię Martha a nie żadna cizia, jeszcze jeden taki
wypad w moim kierunku a pożałujesz gamoniu! – odpowiedziała stanowczo chodź
spokojnie.
- Luzuj mała, tylko przestań burzyć wodę! – próbował
uspokoić kobietę brodaty nieznajomy.
- Czy ktoś wie jak się tu znaleźliśmy i jak się stąd
wydostać? – spytała Matha.
- Na razie wygląda na to, że nie wiemy nic. Nie wiem nawet
jak długo siedzimy w tym łajnie – odpowiedział Heidric – gdy ostatnio byłem
świadomy, było późne popołudnie. Sądząc po świetle z góry, jest co najmniej
wieczór.
- Słowo daję, zatłukę tego, kto mi to zrobił – wyszeptała
przez zęby kobieta.
- Pod klatką wymacałem chyba jakiś zamek, ale nie mam
pojęcia jak go otworzyć – oznajmił akolita ale nikt nie podzielił jego
spostrzeżenia.
W tyle sali znów coś pomlaskiwało. Heidric coś widział ale zbyt mało,
oceniał to jako podjadające śmieci zwierzęta - psy albo jakieś wielkie szczury.
- Słyszycie to? – spytała Martha.
- Tak, to z końca sali, coś tam się kręci i podjada ochłapy.
– odpowiedział Heidric – tam jest też jakieś wyjście, ale nie widzę dobrze, za
daleko i za ciemno.
Przez chwilę dostrzegł też jakiś ludzki kształt, który nie
wychylił się z korytarza prowadzącego do tej sali. Stał tam przez chwilę, w
ręku trzymał jakiś kij albo włócznię, po krótkiej chwili zniknął w ciemnym
korytarzu. Zdecydował na razie o tym nie wspominać tamtym.
Coś kliknęło głucho – Mam cię kurwa... – doszeptał brodaty
mężczyzna. Drzwiczki, które okazały się całym
jednym bokiem jego klatki otwarły
się.
- Pieprzona woda... – skomentował próbując wspiąć się to po
drzwiach, to po ściance na zadaszenie klatki. Wyraźnie unikał ponownego
zamoczenia. Klatka była mokra i śliska, kilkakrotnie nieznajomy próbował wspiąć
się na jej szczyt zanim rzeczywiście mu się udało.
Rozejrzał się, po czym spróbował doskoczyć do wysięgnika czy
też ramienia, na którym wisiała jego klatka. Złapał rękami za stalową szynę i
gdy próbował wesprzeć się nogami padło tylko głośne – Kurwa! – i z wielkim
śmierdzącym chlustem spadł prosto do wody.
Aaaaarghhhhh! – zaczął wrzeszczeć próbując utrzymać się na
wodzie. Szarpał się przez kilka chwil, ewidentnie nie potrafił utrzymać się na
powierzchni a do dna widocznie było zbyt daleko. Ostatkiem sił złapał za swoją
klatkę i z półpłaczem w drżącym głosie skomentował – co za gów...gówno...
- Ćśśś! – szepnął akolita. Trochę trwało zanim mężczyzna
doszedł do siebie, Heidric na przemian obserwował to jego to odległą ścianę sali.
Cały czas pojawiały się tam te ruchy, które brodziły w śmieciach na podeście. Heidric
zauważył, że dno tego basenu musiało w pewnym momencie iść pod skosem, gdyż na
odległym końcu sali, podłoga wyłaniała się z wody i łączyła z podestem. Pod
ścianami było najwięcej śmieci i gnijących resztek.
- Koleś – rzekł do niego Heidric – słuchaj, jakbyś złapał
się drugiej klatki zamiast swojej i zbliżył się w tamtą stronę, to
prawdopodobnie pod nogami namacałbyś dno i mógłbyś wyjść tamtędy.
- Chędoż się łysolu! – odrzucił, po czym znów zaczął wspinać
się po klatce.
Martha tylko złapała się za czoło, ale obserwowała
poczynania nieznajomego gbura.
Brodacz tym razem zgrabniej dostał się na wysięgnik, ominął
środkową przekładnie po czym opuścił się na zadaszenie przeciwległej klatki –
tej pustej, która w tej chwili była najbliżej podestu.
- Kurwa ślisko... – oznajmił sam sobie patrząc na podest, na
którym miał wylądować.
Heidric przyglądał się wyjściu, w tej chwili nie było tam
żadnego ruchu, ale nie miał pewności czy zwierzęta faktycznie sobie poszły.
Brodacz zeskoczył i dość stabilnie wylądował na podeście.
Obrał się ze śmieci, kępek włosów i innych nieczystości, które wytargał z wody.
Klnąc cicho pod nosem powoli ruszył w stronę odległej ściany. Prawdopodobnie
tylko Heidric dostrzegał jego ruchy. Był bardzo ostrożny i nie chcąc się
poślizgnąć wychylił się po jeden z wiszących w kącie sali łańcuchów i pociągnął
go. Konstrukcja zareagowała, z każdym pociągnięciem łańcucha klatki obracały
się mącąc wodę. Ustawił klatkę, w której uwięziona była Martha tuż przy
kamiennym chodniku.
- To co, otworzę ci klacię a potem razem czmychniemy stąd
jak ją otworzę co? – dumnie zaproponował Marcie.
- Dobrze wiesz, że sam stąd nie wyjdziesz, uwolnij nas. –
rzekła stanowczo wpatrując się w jego ciemne oczy.
- Nie doceniasz mnie mała, pomysłowy ze mnie gość. –
odpowiedział z uśmiechem.
- Jak tylko wyjdziesz z tej sali rozszarpią cię te zwierzęta
w korytarzu... słyszałeś mlaskanie prawda? – podważył jego butność Heidric – ja
je widziałem, chcesz to idź sam.
- Errr – zrzędził pod nosem nieznajomy – wypuszczę cię mała,
razem damy sobie radę. Z lekkim wahaniem położył się na kamiennym chodniku,
zanurzył ręce pod klatkę kobiety i chwilę pogrzebał w zamontowanym tam
zamknięciu.
Zapadka puściła, Martha wyszła i stanęła na podeście.
Okazała się nie taka mała jak przyzwyczajał się nazywać ją brodacz. Licząca
dobre
Gdy spojrzała w dół na ledwo
sięgającego jej ramion brodacza, ten zmiękł w kolanach i z trudem przełknął
ślinę.
- T...t..to co? Idziemy?- spytał
- Przecież nie zostawimy go tak, odsuń się durniu. – minęła
nieznajomego i skierowała się w stronę łańcuchów. Zaczęła obracać klatkami.
Nieznajomy przez chwilę przyglądał się jej, po czym
przypomniał sobie coś i zaczął nerwowo szukać po podeście. Rozgrzebując śmieci i kanałowy śluz zdenerwował się i zaczął
zrzędzić – nie ma, zgubiłem to cholerstwo!
- Tego szukasz spryciarzu? – spytała zza jego pleców Martha,
trzymając w ręku skórzaną torbę.
- Dawaj to! – odwarknął.
- Nie tak szybko! – uniosła torbę tak wysoko, że nie mógł
jej dosięgnąć – przynajmniej powiedz kim jesteś i zacznij współpracować, bo
inaczej nie będziemy mieli żadnych szans.
- Errr... Luca!, jestem Luca. – przyznał niechętnie.
- Co tu robisz i jak się tu znalazłeś Luca? – dopytała dając
mu nadzieję na odzyskanie torby
- To moja sprawa! – odwarknął
- W takim razie nie jesteś nam potrzebny – złapała Lukę za
jego szarą koszulę, uniosła tak, że stracił kontakt z podłogą po czym zawiesiła go nad
basenem, w którym już raz się zanurzył.
- Kurwa co ty robisz kobieto! – krzyknął – Arrrghh dobra!
Psia krew! Jestem posłańcem jakiegoś ważniaka na mieście, nie znam go, robotę
zlecał mi pośrednik. Miałem dostarczyć wiadomość z wariatkowa a jedyna droga
prowadziła pieprzonymi kanałami. Działę robiłem pierwszy raz i to bardzo
niechętnie kurwa, w torbie miałem mapę. Gdy odebrałem wiadomość i miałem już
wracać dostałem w pałę. Resztę znacie! a teraz postaw mnie!
Martha postawiła go na chodniku i rzuciła mu torbę. Ten
szybko ją przeszukał – Kurwa jest tylko mapa! Gdzie wiadomość!?
- Sam widziałeś że niczego nie wyciągaliśmy, może wypadła? –
tłumaczy Martha.
- Psia jego mać! – Luca rzucił się na podłogę i zaczął
grzebać w śmieciach i ohydztwie. Heidric przyglądał się temu i zorientował,
że spora część tych śmieci i nieczystości to między innymi gnijące resztki
zwierząt i ludzi. Usłyszał jakieś warknięcie z końca korytarza – Uwaga,
zbliżają się te zwierzęta! – ostrzegł.
Trzy , długie na jakieś półtora metra, przypominające
kreto-szczury stwory wybiegły z korytarza próbując ugryźć kogokolwiek. Lucas
zareagował błyskawicznie uderzając obcasem prosto w głowę jednego z nich.
Martha przeskoczyła nad nimi i rzuciła się gołymi rękami przygniatając
kolejnego do ziemi aż uszedł z niego ostatni dech. Heidric wycofał się i
zauważył, że te stworzenia są ślepe – Pewnie żywią się padliną – pomyślał i
próbował utrzymać dystans. Lucas znęcał się butami nad swoją ofiarą rozmazując
głowę stwora po posadzce zaś Martha szybko przeskoczyła do trzeciego i potężnym
kopnięciem łamiącym kilka żeber, posłała go na jedną ze ścian. Zwierzę
wpadło do basenu.
- Dobra Luca, pokaż tą mapę, może pomoże nam się stąd
wydostać. – rzucił Heidric. Luca wyciągnął skrawek papieru. Mapa była niezbyt
dokładna, ale pokazywała kilka korytarzy oraz wyraźnie zaznaczoną trasę, którą
teoretycznie brodacz miał się przedostać i która miała być w miarę bezpieczna.
Nie mając pewności, czy pomieszczenie w którym się znajdują jest gdzieś na tej
mapie zdecydowali, że ruszą korytarzem aby się trochę rozeznać.
. . .
Idąc którymś z kolejnych korytarzy, natknęli się
blask ognia. Ściek płynący środkiem wyraźnie tam spływał a chodnik był
zburzony. Pół korytarza było zwalone przez wyrwę, która zamieniała się w
wielką, wykopaną w ziemi jamę, z której dobiegało światło pochodni
rozstawionych na dnie. Wyrwa w korytarzu utrudniała przejście. Można było jakoś
zejść na dół i poszukać przejścia w tej jamie albo spróbować przeskoczyć wyrwę
i iść dalej kanałem.
- Będzie jakieś dziewięć metrów po pieprzonej śliskiej
skarpie – ocenił Luca.
- Albo tędy, tylko trudno będzie skakać przy tak niskim stropie
– dodał Heidric.
- Myślę że powinniśmy jakoś zejść na dół, spójrzcie na tę
stertę... tam jest mnóstwo różnorakiego sprzętu.
- Ktoś to musiał zbierać w
kanałach i zbiorowiskach odpadów od miesięcy i zgromadził tu. Te pochodnie też
nie zapaliły się same. – wyszeptała Martha.
Rzeczywiście, pod ścianą wydrążonej jamy było składowisko
przeróżnych przedmiotów, zebranych prawdopodobnie w zlewiskach, spływach,
śmietniskach i syfonach - prawdziwy skarbiec dla niektórych.
Gdy już przymierzali się do zejścia, jakaś garbata postać z
kijem w ręku pojawiła się w wydrążonym przejściu prowadzącym do wielkiej jamy.
- Pst! Patrzcie! – ostrzegł szeptem Heidric – widziałem go
wcześniej w tamtej sali.
Burcząc coś pod nosem, tajemnicza postać odziana w podarte i
brudne łachy podeszła kulawym krokiem do sterty śmieci, dorzuciła jakiś
drobiazg, rozejrzała się chwilę po czym skierowała z powrotem do korytarza.
Echo tajemniczego, głośnego skowytu i pisku nagle rozbrzmiało po wielkiej jamie.
- Zaaraz - zaaraz paskudo... odpowiedziała na skowyt
tajemnicza postać.
Chrrrrr – coś jeszcze zachrapało. Dźwięk dochodził z
korytarza.
- Na bogów co to było? – przeraził się Heidric.
- Chyba jakiś stwór, którego tam trzyma – odparła Martha.
- Dobra chodźmy, tu mogą być nasze fanty. – skwitował Luca
rozpoczynając opuszczanie się.
Na dnie jamy, oprócz cuchnącego bajorka, które tworzy się z
cieknących tu ścieków można było znaleźć mnóstwo używanej i zaniedbanej broni,
pancerzy, pierwszorzędnych ubrań, przedmiotów osobistych a nawet biżuterii i innych drobiazgów.
Z jamy prowadziło jeszcze jedno wyjście, ale dawno zawalone. Heidric zauważył swoje własne przedmioty, rzucone najwyraźniej niedawno. Pod swoim plecakiem odnalazł też świstek papieru, który prawdopodobnie był tym, którego Luca tak szukał. Rozwinął go, wiadomość była zabrudzona i zapisana językiem klasycznym...
Z jamy prowadziło jeszcze jedno wyjście, ale dawno zawalone. Heidric zauważył swoje własne przedmioty, rzucone najwyraźniej niedawno. Pod swoim plecakiem odnalazł też świstek papieru, który prawdopodobnie był tym, którego Luca tak szukał. Rozwinął go, wiadomość była zabrudzona i zapisana językiem klasycznym...
- Nie tak prędko, tu jest napisane coś, co jest dla mnie
ważne! – odparł Heidric
- Gówno mnie to obchodzi! Oddawaj to kurwa bo zęby wyplujesz!
– krzyknął brodacz.
- Zamknijcie się obaj, chyba was usłyszał – próbowała
uspokoić półszeptem kobieta.
Potworny skowyt rozniósł się po grocie, wielki cień zaczął
pląsać po ścianie jaskini.
- Kurwa dawaj ten list mówię! – nalegał Luca.
- Nie dam ci go, jest mi potrzebny!
- Kurwa wypatroszę cię ty mendo! – odwarknął agresywnie
brodacz.
W wejściu do jamy pojawił się czteronogi potwór przypominający skalną modliszkę. Dodatkowa para odnóży wyposażona była w kostne szczypce i liczne ostre jak kamienie kolce. Zewnętrzny pancerz potwora do złudzenia przypominał skalną ścianę, głowa wydała się nie mieć oczu, za to wyposażona była w liczne czółka, wypustki i niewiarygodnie silne szczęki.
Temu trzymetrowemu potworowi towarzyszyła garbata postać,
prawdopodobnie mutant, którego mięli okazję wcześniej obserwować.
- Żarcie przyszło! Maleńka zjedz ich! Hi hi, chacha
aachachachacha! – śmiał się chrapliwym i świszczącym głosem mutant.
Potwór ruszył na przód. Martha wytargała ze sterty ogromny
topór oburęczny i rzuciła się do kontrszarży.
Pierwszy i drugi nóż chybiły. Mutant pochwycił włócznię w
dwie ręce i ruszył na Lucasa. Ten zgrabnie uniknął dźgnięcia i przeturlał się
za plecy mutanta.
Aaaarrrghhhh! krzyknął garbaty człowiek i zamachnął się
kijem o mało nie wycinając grotem oka brodacza. Luca zrobił dwa fikołki po
kamienistej ziemi, stanął na równe nogi i rzucił kolejny nóż. Tym razem trafił
mutanta prosto w brzuch, pordzewiałe ostrze wbiło się głęboko. Mutant poślinił
się, burknął coś pod nosem i cisnął włócznią w Lucasa, zaraz potem rzucił się
na niego z brudnymi pazurami. Lucas upadł próbując uniknąć lecącej włóczni,
zaraz po tym poczuł na sobie ciężar mutanta, który wściekle dusił go i drapał krzycząc i opluwając go gęstą, cuchnącą śliną.
Silnym ciosem topór uderzył w pancerz potwora klinując się w
nim. Bestia poczuła ból, aż szarpnęła i poluzowała ścisk szczypiec, akolita
wypadł i z zaczął się wić z bólu po ziemi. Martha warknęła i z całej siły
wyrwała ostrze topora z pancerza, niestety potwór zdążył trzepnąć ją jedną z
odnóży posyłając kobietę w bajoro ścieków. Heidric zdołał się trochę odczołgać
by znów uchwycić broń. Modliszkowa bestia wspięła się na ścianę i zatoczyła
koło wokół małych ludzi.
Luca dostrzegł za plecami przyciskającego go do ziemi
mutanta, że z korytarza wybiegają kretowate stwory, które już wcześniej
widzieli. Tym razem jednak był ich co najmniej tuzin. Paskudny dech garbatego o
mało nie zemdlił Lucasa, który do tego był przyduszany uściskiem brudnych rąk.
Luca zgrabnie pochwycił jeden z leżących obok niego noży, przepchnął
nadgarstek miedzy uściskiem oponenta i szybkim uderzeniem zagłębił ostrze od
dołu w jego szczęce. Mutant zacharczał i natychmiast złapał się za tkwiącą pod w nim rękojeść, pozwoliło to Lucasowi wyślizgnąć się spod niego. Brodacz dobył
ostatni ze zgarniętych wcześniej noży, cisnął nim w mutanta trafiając pod
żebra. Garbaty człowiek zwinął się z bólu i charcząc bezsilnie powoli
wykrwawiał się.
Skalny potwór zeskoczył ze ściany prosto na Heidrica. Ten
przewidział ten ruch i był gotowy do odskoku. Uskoczył i uniknął bycia zmiażdżonym ale bestia była zwinniejsza niż myślał. Pochwyciła go
ponownie w szczypce i próbowała zagłębić w nim swoje szczęki. Heidric w
ostatniej chwili huknął ją młotem prosto w głowę tak mocno, że zewnętrzny
pancerz popękał. Poprawił raz jeszcze w przegub szczypiec, uwolnił się i upadł
znów na ziemię, tym razem obijając się mocniej. Bestia wyraźnie
poczuła wstrząs i wycofała się.
Wykorzystała to Martha, która powstając z sadzawki ściekowej
zaszarżowała na potwora. Sprawny zamach topora oderwał potworowi nogę,
następnie odmachnęła się w drugą stronę odcinając mu kawałek głowy. Krew
trysnęła w powietrze, potwór uniósł się na dwóch kończynach najwyżej jak
potrafił po czym z hukiem padł na ziemię wijąc się w konwulsjach.
Małe kreto-szczury natychmiast rzuciły się na ciało potwora
i mutanta. Oblazły je podgryzając się wzajemnie aby dostać choć kawałka
ciała.
- Nie dziabią nas! Zabierajmy stąd nasze dupy! – krzyknął Lukas.
Martha wsparła Heidrica i wszyscy ruszyli w stronę
korytarza. Po drugiej stronie drogę zagrodził im kolejny tuzin wściekłych
kreto-szczurów. Warczały i śliniły się.
- Co teraz kurwa? Nie damy rady z tyloma na raz! Co robimy?
– krzyczał panicznie brodacz.
- One żrą padlinę... zwykle... – przepchnął przez ból
Heidric.
- A co jak padliny nie ma? – spytała wojowniczka.
- To nie wiem, pewnie będą za nami szły aż ktoś upuści im
krwi... – dodał Heidric
- Zajebiście! – skomentował brodacz
- Zamknij się, bierz łysego a ja spróbuje ich odciągnąć –
rzuciła, przekazując rannego Lucasowi.
- Co tylko zechcesz ognistowłosa...
- Co za leszcz... – odparła cicho bardziej do siebie.
Lucas z Heidrikiem przedostali się na koniec drugiej groty.
Martha kilkoma szybkimi ciosami utrzymała irytujące stwory na odległość, ciosami topora pozbawiając życia kilku z nich. Zwierzęta próbowały ją podgryzać, ale nie
zrobiły dużej krzywdy. Gdy tylko wojowniczka zapewniła im posiłek, odeszła
szybkim krokiem obserwując jak te rzucają się na ścierwa.
- Widzieliście tą wielką jamę tuż za tą skałą? – spytała.
- Tak, nie widać było granic... prawdopodobnie stamtąd
przylazł ten potwór – zauważył akolita.
- To raczej tam nie ma pieprzonego zwiewu, nie będzie tam...
– dodał brodacz.
Cokolwiek Lucas miał na myśli, Heidric kontynuował –
zauważyłem na górze dwie drogi. Jedna tamtą drewnianą kładką prowadzi do małej
wyrwy, być może łączy się znów z kanałami. Druga w przeciwną stronę, tamtym
wydrążonym tunelem w górę. Tak czy siak trzeba się wspiąć tędy.
- widziałam tu kawałek liny, powinniśmy dać radę tam wejść –
oznajmiła kobieta.
. . .
Heidric widział z nich najlepiej. Szedł przodem wąskim
kanałem, wszyscy brodzili po kolana w cuchnącej wodzie.
- Ten tunel musi gdzieś prowadzić, czuję powiew powietrza –
szepnął Heidric – coś widzę na końcu, błyszczy się i powoli rusza. Ludzie albo
mutanty... informował na bieżąco.
Uważaj kurwa! – krzyknął nagle Lucas, ale było za późno.
Heidric coś nadepnął a z wody wystrzeliła platforma zakończona deską z
naostrzonymi kołkami trafiając akolitę boleśnie w brzuch. Jęknął tylko i upadł
do wody.
Martha szybko go podźwignęła ale hałas dotarł na koniec korytarza. Dwie człekokształtne, garbate postacie chluszcząc wodą rzuciły się w ich stronę.
Martha szybko go podźwignęła ale hałas dotarł na koniec korytarza. Dwie człekokształtne, garbate postacie chluszcząc wodą rzuciły się w ich stronę.
- Psia krew to znowu jakieś mutanty! Kurwa! – rzucił Lucas
przechodząc na przód. Razem z Marthą chcieli złapać nieprzytomnego Heidrica i
unieść go nad wodą, niestety brodacz z pośpiechu również w coś wdepnął i
uruchomił identyczne urządzenie, ale skierowane w drugą stronę. Sprężyna
podrzuciła go tak, że walnął butami w strop i upadł prosto do wody.
- To ludzie!, to przecież ludzie! Czemu się tak zachowują!?
– krzyknęła zdziwiona Martha.
Uruchomione barykady skutecznie zablokowały przejście,
uniemożliwiając wściekłym napastnikom przedarcie się do kogokolwiek pozwalając
Marcie i Lucasowi wycofać się wraz z Heidrikiem. Stwory krzyczały i ujadały jak
wściekłe psy uwydatniając poranione usta z wybrakowanym uzębieniem. W ich oczach
był szał i opętanie.
- To pojebane trupojady! Musiały tu przyleźć z cmentarza! –
tłumaczył Lucas – widziałem już takich na mieście, to mendy z ulicy co żreć nie
mają i trupy na cmentarzach wpieprzają, odpierdala im od tego, masakra jakaś.
Musimy być gdzieś pod pieprzonym cmentarzem a te pułapki miały je zatrzymywać
przed przełażeniem do kanałów. Tędy nie zwiejemy, trzeba wyczaić ten drugi
zwiew!
. . .
Heidric był w bardzo złym stanie. Martha taszczyła go
nieprzytomnego przez dobre kilkadziesiąt metrów po kanałach gdy razem z Lucasem
przemierzali kolejne korytarze. Na mapie brodacza było zaznaczonych kilka
punktów odniesienia: dwa zejścia (w tym jedna studnia), cztery studzienki
kanalizacyjne, którymi też można było próbować się wydostać, miejsce oznaczone
jako szpital oraz odpływ do Reiku. Musieli być gdzieś daleko od ścieżek
wskazanych na mapie gdyż nijak nie potrafili zsynchronizować mapy względem
korytarzy, którymi podążali. Martha opadła z sił niosąc nieprzytomnego Heidrica, który mocno się wykrwawiał.
- Muszę odetchnąć, nie dam rady go tak dłużej targać. Jak to
jest, że to my zawsze musimy was ratować gdy przychodzi co do czego? – spytała
retorycznie.
- Wiesz lalka, pomógłbym Ci ale ktoś musi sprawdzać te
pieprzone korytarze, żebyśmy znów nie wleźli w jakieś gówno. – odparł Lucas.
- Gówno to tu jest wszędzie... – spojrzała na akolitę - jak Morr
nie przyjmie go od upływu krwi, to zemrze na infekcję i gorączkę. Co tam się
dzieje z tym korytarzem? – rzuciła kiwając głową w stronę dalszej części kanału.
Luca przyświecił pochodnią, którą zabrał z wielkiej jamy
wracając tamtędy. Z początku nie wyglądało to problematycznie, kanał był
zburzony ale drożny. Koryto zamieniło się w podłużną wielką kałużę, długą na
kilka metrów po czym wyrwa znów zmieniała się w korytarz, tyle że rozdwojony a
ścieki płynęły dalej. Po powierzchni kałuży pływały nieczystości i piana, przyklejały
się do ścian i pływających śmieci.
- Dupiato to wygląda – oznajmił Luca – mamy tu wielkie
pieprzone bajoro pełnie pieprzonej wody, nie wiem jak głębokiej. Nie da się
obejść bokiem, pieprzone ściany są śliskie i nie ma na czym się oprzeć. Dalej jest
kanał, rozwidla się, wygląda dupiato! Ja to chrzanię i wracam, może inny
korytarz będzie lepszy.
- Sprawdziliśmy inne korytarze, żeby iść zupełnie inną
drogą, musielibyśmy się bardzo daleko wrócić i mieć nadzieje że nie pobłądzimy
całkiem albo że nas coś nie zeżre. Widzisz że tej części kanałów chyba nikt nie
patroluje. Zapomnij! – odparła kobieta i podniosła się.
- Spróbuję tam przejść, zobaczymy jak jest głęboko –
postanowiła.
Martha zanurzyła się w zalanej wyrwie, okazało się, że woda
sięga mniej więcej do bioder. Podłoże było muliste i niestabilne. Kobieta
uniosła broń, żeby mogła lepiej balansować i ostrożnie posuwała się naprzód.
Tym czasem Luca pochylił się nad Heidrikiem.
- No co tam łysolu? Żal mi cię ale tak to już kurwa jest –
wyszeptał wyjmując mu zza skórzanej kurtki list z wiadomością, który Heidric
zabrał mu w wielkiej jamie. – raz na wozie, a raz nawozem, ciesz się że biorę
tylko to co moje.
- Aaaa! – krzyknęła Martha. – coś mnie tu pochwyciło!
Lucas pobladł i stanął jak wryty. Heidric nagle przebudził
się.
Coś zawijało się w nogę Marthy, nie potrafiła się wyszarpać.
- Cholera! coś zgniata mi nogę, aaaa! wciąga mnie! –
wojowniczka próbowała wyszarpać nogę, ale nic nie pomagało. Po chwili coś
zawinęło się również wokół drugiej kostki i zaczęło mocno ściskać. Martha
wsparła się na toporze i z całej siły próbowała uwolnić nogi. Niestety im
więcej siły wkładała w wydostanie się, tym mocniej zaciskały się owijające ją
macki, które dodatkowo twardniały z wierzchu na kamień i powodowały ból. Wyjęła sztylet i zaczęła
ciąć i podważać obce tkanki, robiła to na ślepo, ścieki były całkowicie
nieprzejrzyste. Wojowniczka czuła, że próbując się uwolnić poraniła nieco samą
siebie. Jakimś cudem odcięła jedną mackę i wyrwała się, ale druga zawinęła się
w jej nogę ponad kolanem i wciągnęła ją głębiej. Martha ledwo mogła się
wyprostować, twarz miała blisko cuchnącej wody, o mało nie zachłysnęła się
pływającym szlamem.
Lucas dalej stał jak wryty. Heidric, który dopiero odzyskał
przytomność próbował pojąć co się dzieje. Wstąpiły w niego kresowe zapasy woli i odżył jakby już nigdy miał nie żyć, podniósł linę, którą nosił Luca i
rzucił Marcie.
- Złap to! Zaczep gdzieś! No dalej! – krzyknął do niej.
Martha robiła wszystko aby nie zachłysnąć się ściekami,
czuła że powoli opada z sił i nie potrafi uwolnić nogi. Stworzenie kryjące się
na dnie było potwornie silne i wytrzymałe. Kobieta dźgała, cięła i szarpała,
nic nie pomagało. Złapała linę rzuconą przez Heidrica i ostatkiem możliwości
zarzuciła na jeden z kamieni po drugiej stronie. Lina zawiązała się mocno,
dając Marcie dodatkowy punkt zaczepienia. Dźgnęła jeszcze kilka razy w mackę
pod wodą ponownie raniąc się przy tym.
- Aaaarrrgghhh! – krzyknęła tak głośno jak mogła i
wyszarpała się z kamiennego uścisku.
Resztą sił wczołgała się do prawego kamiennego chodnika i zwymiotowała. Chwilę trwało zanim odsapnęła i doszła do siebie.
- Co to było Martho? – spytał Heidric z drugiego końca.
- Coś jest w wodzie, chwyta i oplątuje! Musicie uważać,
bardzo trudno je odciąć! – tłumaczyła.
- Świetnie w cholerę – skomentował Luca – ciekawe jak to
kurwa mamy zmontować.
- Złap za linę, spróbuję przejść pod ścianą, może nie wdepnę gdzie nie trzeba i dno będzie wyżej – postanowił akolita chwytając za linę.
- Pieprzona woda... – burczał pod nosem brodacz.
Heidric zanurzył się i trzymając linę ostrożnie posuwał się
naprzód. Starał się iść najbliżej ściany jak tylko się dało. Lucas patrzył to
na niego to na wodę, był przekonany, że oprócz spływających nieczystości coś jeszcze ją
mąci.
Szczęśliwie akolita przedostał się bez większych problemów,
zajął miejsce obok wojowniczki.
- Lucas, bierz linę i przechodź, spróbuj zrobić tak jak ja!
– poinstruował Heidric rzucając linę.
- Chyba was popieprzyło! Nie ma szans, żebym w to wlazł! –
odparł.
- Nie wygłupiaj się żałosny dzieciaku! Rączkę ci jeszcze
podać? – rzuciła Martha.
- Znajdę lepszą drogę, jestem za sprytny żeby coś mnie
zaskoczyło!
- Sam nie masz szans! Zgubisz się! – próbował go przekonać
akolita.
- No dalej mięczaku! Jak jesteś taki sprytny to pokaż! –
dodała Martha.
- Nie ma kurwa żadnych szans, żebym w to wlazł, to pieprzona
kałuża i do tego gryzie!
- Co ty masz z tymi kałużami? – dopytał Heidric
- Kurwa nic! Odpieprz się!
- Co z tego, że gryzie!? Jaj ci nie urwie bo ich nie masz! –
skomentowała kobieta.
Lucasa na chwilę zatkało, próbował zmierzyć się z panicznym
strachem.
- Nie umiem kurwa pływać i nie akceptuję pieprzonej wody jasne!? –
przyznał.
- To co ty do cholery robiłeś w kanałach!? – zdziwił się
Heidric i spojrzał na Marthę. Ta odwzajemniła spojrzenie ze zdziwieniem.
- Kurwa jak dobrze płacą to wszystko się robi, na mapie
droga była prosta! Nikt nie mówił, że będę tarzał się w płynnym pieprzonym
gównie!
- Bierz linę i właź, nie będziemy tu na ciebie wiecznie
czekać! – zniecierpliwiła się Martha.
Lucas złapał za linę ale cały się trząsł. Czuł że jest mokry
i cuchnie, ale jak pomyślał, że będzie musiał się znów zanurzyć w tej kałuży,
która do tego może z łatwością posłać go na dno, to aż jęknął pod nosem.
- No dalej człowieku! Rzuć nam najpierw pochodnię! –
pospieszał go akolita. Lucas stał na skraju korytarza jakby ducha zobaczył.
Dalej, rzuć pochodnię i przewiąż się liną! Będzie ci łatwiej
utrzymać równowagę a w razie czego wyciągniemy cię! – wpadli na pomysł Heidric
z Marthą.
O dziwo Lucas przemyślał propozycję i uznał za całkiem
sensowną. Zawinął linę wokół pasa a pochodnię rzucił tak, że upadła pod nogami
Marthy.
- No dalej! – poganiał akolita.
Lucas wciąż wahał się, nie potrafił przezwyciężyć lęku.
- To bez sensu... – mruknęła do Heidrica Martha ze
zniecierpliwieniem po czym z całej siły szarpnęła linę.
- Aaaaaaaaaa kurwaaaa! - Lucas machając rękami jak przed
stadem szerszeni, wpadł twarzą płasko prosto w koryto...
Brudna woda chlustała na wszystkie strony, brodacz
wrzeszczał tak głośno, że prawdopodobnie obudził wszystkie potwory w kanałach i
trupy na cmentarzach. Martha z Heidrikiem starali się jak najszybciej go
przeciągnąć...
- Aaaaaaa! Kurwaaaaaa coś mnie złapałooo!!!! Aaaaaaaaa!!! –
wrzeszczał.
- Psia krew, jeśli go to złapało to nie wyciągniemy go! –
skomentowała kobieta.
- Cholera, nie przesuwa się – dodał Heidric mocno
ciągnąc linę.
Martha wzięła sztylet, weszła ponownie do wody próbując
pochwycić Lucasa za ręce, nogi, cokolwiek. Złapała go mocno i zaczęła szarpać z
całej siły. Lucas wrzeszczał i przeklinał tak soczyście jak tylko potrafił. Kobieta
sztyletem z całej siły dźgnęła i cięła parę razy w mackę, którą namacała pod wodą a drugą ręką
wyszarpnęła nogę przerażonego brodacza. Ostatkiem sił Heidric wciągnął Lucasa
do kanału, Martha wskoczyła zaraz za nim depcząc i przygniatając go lekko.
- To jakaś pieprzona paranoja! Kurwa... – wydusił
jednocześnie kaszląc i dysząc.
. . .
Brudni, wykończeni i ranni ruszyli dalej. Korytarze się
dłużyły a wiele z nich była ślepa, zabarykadowana lub zbyt ciasna by się
przedostać. W końcu, szczęśliwie dotarli do punktu, który zaczął pasować do
mapy Lucasa.
- Mam! To ten korytarz! – oznajmił brodacz.
- Rzeczywiście, „Niebezpieczne miejsca” – odczytał z mapy
Heidric – już rozumiem o co chodziło. Miałeś tu nie wchodzić.
- Co ty kurwa nie powiesz mózgowcu! – skwitował.
- Dobra dzieciaki dosyć waszych przekomarzań, trzeba się
stąd w końcu wydostać, mam serdecznie dosyć tego gówna i aż mnie świerzbi by
komuś za to łeb urwać. – pogoniła wojowniczka.
- Nie kurwa, ja nie idę tam z wami. Idę tędy, według mapy!
Tam gdzie miałem wyjść.
- Nie bądź głupi, chcesz to jeszcze raz przerabiać? – spytał
Heidric.
- Teraz wiem gdzie jestem tępy ćwoku, to nie to samo. Idźcie w
cholerę, tym korytarzem do końca, później pierwsza w lewo i potem w prawo. Tam
będzie wyjście, ja zabieram mapę.
- Nie będę się z Tobą drugi raz kłócił – odparł Heidric
ledwo stojąc na nogach. Był wykończony, ranny i cudem jeszcze się ruszał.
- Dobra niech idzie, wyjdziemy tędy, jest bliżej. Pomogę ci
wyjść, tylko podnieś się... – Martha złapała Heidrica przez ramię i ostrożnie
by nie uderzył głową o strop zaczęła iść.
- Hej mała, gdzie cię znajdę? – krzyknął Lucas w ich stronę.
- Lepiej dla ciebie żebyś mnie nie znalazł dzieciaku, bo
mogę nie mieć już tyle cierpliwości!
Wyjście było już blisko, ostatnie zakręty, ostatnie cuchnące
barykady śmieci, kilka schodków i światło w tunelu...
Od MG:
Postać Marthy oraz Lucasa to nie NPC. Wystąpiły gościnnie i odgrywane
były spontanicznie i bez wcześniejszego przygotowania, przez graczy normalnie
prowadzących Argentę i Siegfrieda.
Profile Lucasa i Marthy były opracowane wcześniej przez MG i
wręczone z zaskoczenia podczas sesji gdyż Siegfried i Argenta nie brali udziału
w wydarzeniach pod Altdorfem.
Gratuluję i dziękuję.














