czwartek, 4 września 2014

Altdorf we krwi cz. 3. Cuchnące podejrzenia.

19 Erntezeit 2510 K.I.

- Dlaczego nikt z nas nie wpadł na to, aby sprawdzić okno? – Spytał Heidric.
- Może dlatego, że nikt nie spodziewał się, że przez okno wychodzące na główną ulicę odważy się przekraść włamywacz. – tłumaczy zaskoczona Erica.
- Sukinsyn... – dobiega mamrotanie z kierunku, w którym Siegfried rozgrzebuje swoje tobołki.
- Ewidentnie wiedział co robi, szukał tylko mieszków, wystarczył mu pierwszy lepszy. – ciągnie Argenta.
- Psia jego mać... – wciąż dobiega.
- Dziwne, że nie zabrał nic naszego – skomentował Heidric.
- Było ciemno, losowo łapał to co było mu łatwo skraść, po prostu przypadek – tłumaczy Argenta próbując spoglądać na Siegfrieda.
- Nie ma! Wszystko skurwiel zabrał, miałem z tego wykupić Ogra! Teraz jestem bez grosza i bez pomysłu psia mać – niech sczeźnie menda chędożona! – wyrzucił zirytowany najemnik wstając.
- Masz tu kilka szylingów ode mnie, później mi oddasz. W tej chwili nic nie poradzisz. – próbowała uspokoić Argenta – a mamy sporo innych zmartwień.
- Dobrze ci się gada, ale dzięki za wsparcie. – skwitował najemnik.
- Nie rozklejaj się tak, ja też nie długo cieszyłem się z nowej broni, na którą wydałem cały majątek. Teraz zostałem z kikutem zamiast miecza. – dodał stanowczo Heidric mając nadzieję, że zakończy temat – chodźcie, spaliśmy długo a czas nam się kończy.

. . .


Rzeczywiście było już późno – koło południa. Pogoda oczywiście bez zmian, no może trochę mniej pada. Poza tym wciąż zimno, pochmurno i nieprzyjemnie. Mimo to ludzie pracują i biegają po mieście za sprawami, które tylko oni rozumieją. Trójka bohaterów zdecydowała, że wybiorą się znów do Reikerbahn, aby porozmawiać z herr Strasserem i omówić co zaszło wczorajszego dnia. Mięli też nadzieję porozmawiać z Biancą na temat Marca, który gdzieś uciekł po tym jak potwór wpadł do budynku.

Tego dnia Heidric był bardzo zamyślony ale też niespokojny. Siegfried także nie wyglądał najlepiej, głównie ze strony psychicznej. Ból nogi tylko wzmagał jego stres. Argenta niepokoiła się stanem rzeczy – to nie może tak długo trwać – pomyślała – albo nas wrzucą do lochów albo zwariujemy. Trzeba działać - Argenta zaczęła tworzyć plan poczynań, chciała wprowadzić go w życie tuż po tym, jak Heidric rozmówi się ze Strasserem w strażnicy. Niestety to, z czym wyskoczył młody akolita wymagało wprowadzenia pewnych zmian.

- Schodzę do kanałów, niezależnie od waszej decyzji – oznajmił.

Zagłębiając się ponownie w brudne zaułki Reikerbahn, które przeżywało ostatnimi dniami tajemniczą odmienność, wpadli znów na chłopca imieniem Tede. Ten zwęszył okazję do zarobienia kilku groszy i zaprowadził ich ponownie do spływu kanalizacyjnego.
Na prośbę Argenty, Tede nakreślił w błocie prosty plan okolicy, aby pomóc im rozeznać się w tej cholernej, brudnej dzielnicy.
Z mapy stworzonej przez chłopca, dość wyraźnie da się odnaleźć kilka punktów. Oczywiście bez jego wyjaśnień byłoby to niemożliwe.
- Nie schodzę z Heidrikiem do ścieku, obawiam się o zakażenie rany na nodze przez taplanie się w nieczystościach. - postanowił Siegfried.

- Ja także nie mam najmniejszej ochoty wchodzić do kanałów, niczego tam nie znajdziemy. Postanowiliśmy wraz z Siegfriedem, że przejrzymy jeszcze raz notatki znalezione w strażnicy. Potem udamy się do domu Jostenów. Gwar ulicy oraz miejsce nie sprzyja wertowaniu papierów, wiec udamy się w spokojniejsze miejsce, którym okaże się prawdopodobnie karczma "Pod pękniętą baryłką". – oznajmiła Argenta.
- Dobrze więc. I tak już się ubrudziłem w tym ścieku, więc wykorzystam to i jeszcze raz tam zejdę. Mam dziwne przeczucie, coś mnie tam ciągnie. - Siegfired ma rację, z ranną nogą niewiele mógłbyś pomóc – pomyślał – i tak ledwo chodził.
- Z resztą wy w ciemnościach mięlibyście problem z rozeznaniem.

Akolita zacisnął pieści, pomysł nie przypadł do gustu towarzyszom, jednak argument najemnika był bardzo trafny, kolejna wizyta u kapłanek Shallyi mogłaby nie pomóc – pomyślał.
- Tede Czy możesz mi znaleźć jakąś lampę bądź pochodnię? Coś co łatwo zapalić i zgasić, lub zmniejszyć ilość światła. Lampa byłaby mile widziana.
- Za lampę to tu każdy zaryzykowałby złamanie nosa by ją odsprzedać. Ale mogę zorganizować jakąś prowizoryczną pochodnię. Nie zapewnię jednak, że to źródło światła wystarczy na długo. – odparł chłopiec.
Tede odszedł na kilka chwil aby zorganizować to o czym mówił. Po paru minutach wraca i wręcza Heidrikowi przedmiot. - Lepiej uważaj, w kanałach są groźniejsze rzeczy niż pijawy i zakapiory. Niektórzy opowiadali jak to ich znajomi tracili ręce i nogi. A inni to wariują na stałe albo wcale nie wracają. Łatwo się poślizgnąć i wpaść w jakiś szajs. – przestrzegał chłopiec - Zamierzasz tam tak wejść bez zaszczanej szmaty na nosie? Musisz mieć nos tak zapchany jak te kanały hehe... - śmiał się chłopak.
- Jeśli nie znajdę was przed nocą to szukajcie mnie jutro w strażnicy u Strassera lub jakiejś wiadomości ode mnie. – oznajmił Heidric gdy był gotów zanurzyć się w szlamie.
Wziąwszy sobie do serca słowa chłopca Heidric wyciąga jedną ze swych koszul, zawiązuje nią twarz i bierze pochodnię. - Dzięki Tede. – dodał.
-  Powodzenia, niech Verena ujawni przed wami sekrety tego miejsca. – pożegnał się z towarzyszami, po czym ruszył brodząc do pasa w ściekowym szlamie. Szybko zniknął w ciemnościach.

. . .

Kanały to ciemne i potwornie cuchnące miejsce. Nieustająco płynące i kapiące ścieki doprowadzały do paranoi. Nawet nadzwyczajny wzrok akolity nie pozwalał dostrzec zbyt wiele a ciągłe garbienie się w tych niskich korytarzach nie pomagało, wręcz przeciwnie.

Dopiero teraz dotarło do niego, że znalazł się w sieci niezliczonych korytarzy, kanalików, zlewisk i barykad utworzonych z zalegających śmieci. Okropny smród dał się mimo wszystko we znaki i Heidric zwymiotował.

Nie mając pomysłu ani ‘przypadkowo-znalezionej-mapy-kanałów-z-punktami-orientacyjnymi’ ruszył jednym z kanałów odchodzących ze zlewiska, w którym się znalazł. Ostrożnym krokiem przeszedł może kilkadzieścia metrów, w każdym razie już dawno nie widział początku korytarza, ani jego drugiego końca. Idąc ostrożnie lewym chodnikiem by się nie poślizgnąć i nie wpaść do centralnego koryta płynących nieczystości natknął się na dziwną, w miarę czystą skrzynkę, wielkości mniej więcej antałka. 
- Cóż to jest? – pomyślał – trochę nie pasuje do krajobrazu...
Mając nadzieję, że w ten sposób zachowa ostrożność uderzył w skrzynkę młotem, który dostał od Strassera na jego prośbę. Skrzynia eksplodowała z głośnym hukiem, natychmiast powalając akolitę i ogłuszając go tak szybko, że nie zauważył nawet chwili upadku...


Było zimno i mokro. Gdy Heidric otworzył oczy było wciąż ciemno chociaż jego niezwykły wzrok wyłapał szczątki światła, które odbijało się od mokrych i śliskich ścian pomieszczenia, w którym się znalazł. Kraty kanałowe, umieszczone na sklepieniu tego wysokiego, prostokątnego pomieszczenia pozwoliły akolicie przyzwyczaić się do mroku. Już w chwili odzyskania przytomności czuł, że był do połowy zanurzony w wodzie, ale teraz zrozumiał, że cała sala jest nią wypełniona.

Siedział w stalowej, skorodowanej klatce, która wraz z nim zanurzona była w wodzie ściekowej. Klatka najwyraźniej wisiała na łańcuchu, przymocowanym do jakiejś konstrukcji z czterema prostopadle do siebie ułożonymi wysięgnikami. Na każdym wysięgniku wisiała podobna klatka, w sumie cztery klatki, a to wszystko zamocowane było do prostej przekładni przy suficie, która prawdopodobnie w jakiś sposób obracała klatkami. Heidric długo przyglądał się tej wilgotnej i starej konstrukcji. Zrozumiał, że gdyby obrócić całe to ustrojstwo, mógłby przybliżyć swoją klatkę do kamiennego występu, który ciągnął się środkiem tej sali ponad wodą w stronę odległej na kilkanaście metrów ściany, którą najsłabiej widział. Dostrzegał tam jedynie mnóstwo śmieci i nieczystości oraz prawdopodobnie wyjście. W wodzie coś pływało, czuł chwilami jak coś muska go po nogach i plecach pod wodą. Wszystkie klatki zanurzone były w równym stopniu w cuchnącej wodzie, ale tylko jedna z pozostałych trzech wyglądała na pustą. Próbując przyjrzeć się zawartości klatek, usłyszał ciche mlaskanie i chrupanie od strony odległej ściany. Rozpoznał jakiś ruch, ale mimo doskonałego wzroku nie mógł dostrzec szczegółów. Był za to pewien, że w tych dwóch klatkach uwięziono dwoje nieprzytomnych ludzi.

Co jest kurwa? – padło półszeptem.
- Kurwa tu jest pełno wody! Jasna cholera! – padło głośniej tym razem – jaja se robicie!
Jedna z postaci w klatce zaczęła szarpać się i chlustać. Wyraźnie burzyło to ciszę w sali.
- Spokojnie, jesteś zamknięty w klatce!, tak jak ja i ona. – tłumaczył Heidric.
- To twoja sprawka koleś? łeb ci kurwa przetrącę! – odpowiedział nieznajomy nerwowym głosem.
- Nie, nie moja. Mam ten sam problem jak widzisz. – odparł akolita.
- Co ty do psiej mordy wiesz o moich problemach?! Kto ty w ogóle kurwa jesteś co?
Heidric podirytował się nieco arogancją nieznajomego, uznał jednak, że sytuacja nie jest warta by sobie tym głowę zawracać. – Jestem Heidric, wpadłem w to gówno jak ty. – odparł - a ty kim jesteś?
- Karl Franz kurwa! – odrzucił zirytowany.
Heidric przemilczał rozumiejąc, że nie jest to partner do elokwentnych dyskusji. Obserwował go jednak. Po chwili budzić zaczęła się druga osoba. Tak to była kobieta, o czym utwierdził się gdy podniosła głowę.

- Co tu się dzieje? Gdzie ja jestem? – spytała zdecydowanym głosem.
- Jestem Heidric. Ja, ty i ten koleś tam, jesteśmy uwięzieni. – wytłumaczył akolita.
Kobieta rozejrzała się. Heidric spokojnie przyglądał im się. Nieznajoma ewidentnie wyglądała na wściekłą za sprawą sytuacji w jakiej się znalazła.
- Cizia weź tak nie majtaj tą klatką bo wodę burzysz! – rzucił nerwowo nieznajomy.
- Mam na imię Martha a nie żadna cizia, jeszcze jeden taki wypad w moim kierunku a pożałujesz gamoniu! – odpowiedziała stanowczo chodź spokojnie.
- Luzuj mała, tylko przestań burzyć wodę! – próbował uspokoić kobietę brodaty nieznajomy.
- Czy ktoś wie jak się tu znaleźliśmy i jak się stąd wydostać? – spytała Matha.
- Na razie wygląda na to, że nie wiemy nic. Nie wiem nawet jak długo siedzimy w tym łajnie – odpowiedział Heidric – gdy ostatnio byłem świadomy, było późne popołudnie. Sądząc po świetle z góry, jest co najmniej wieczór.
- Słowo daję, zatłukę tego, kto mi to zrobił – wyszeptała przez zęby kobieta.
- Pod klatką wymacałem chyba jakiś zamek, ale nie mam pojęcia jak go otworzyć – oznajmił akolita ale nikt nie podzielił jego spostrzeżenia.
W tyle sali znów coś pomlaskiwało. Heidric coś widział ale zbyt mało, oceniał to jako podjadające śmieci zwierzęta - psy albo jakieś wielkie szczury.
- Słyszycie to? – spytała Martha.
- Tak, to z końca sali, coś tam się kręci i podjada ochłapy. – odpowiedział Heidric – tam jest też jakieś wyjście, ale nie widzę dobrze, za daleko i za ciemno.
Przez chwilę dostrzegł też jakiś ludzki kształt, który nie wychylił się z korytarza prowadzącego do tej sali. Stał tam przez chwilę, w ręku trzymał jakiś kij albo włócznię, po krótkiej chwili zniknął w ciemnym korytarzu. Zdecydował na razie o tym nie wspominać tamtym.

Coś kliknęło głucho – Mam cię kurwa... – doszeptał brodaty mężczyzna. Drzwiczki, które okazały się całym
jednym bokiem jego klatki otwarły się.
- Pieprzona woda... – skomentował próbując wspiąć się to po drzwiach, to po ściance na zadaszenie klatki. Wyraźnie unikał ponownego zamoczenia. Klatka była mokra i śliska, kilkakrotnie nieznajomy próbował wspiąć się na jej szczyt zanim rzeczywiście mu się udało.
Rozejrzał się, po czym spróbował doskoczyć do wysięgnika czy też ramienia, na którym wisiała jego klatka. Złapał rękami za stalową szynę i gdy próbował wesprzeć się nogami padło tylko głośne – Kurwa! – i z wielkim śmierdzącym chlustem spadł prosto do wody.
Aaaaarghhhhh! – zaczął wrzeszczeć próbując utrzymać się na wodzie. Szarpał się przez kilka chwil, ewidentnie nie potrafił utrzymać się na powierzchni a do dna widocznie było zbyt daleko. Ostatkiem sił złapał za swoją klatkę i z półpłaczem w drżącym głosie skomentował – co za gów...gówno...
- Ćśśś! – szepnął akolita. Trochę trwało zanim mężczyzna doszedł do siebie, Heidric na przemian obserwował to jego to odległą ścianę sali. Cały czas pojawiały się tam te ruchy, które brodziły w śmieciach na podeście. Heidric zauważył, że dno tego basenu musiało w pewnym momencie iść pod skosem, gdyż na odległym końcu sali, podłoga wyłaniała się z wody i łączyła z podestem. Pod ścianami było najwięcej śmieci i gnijących resztek.
- Koleś – rzekł do niego Heidric – słuchaj, jakbyś złapał się drugiej klatki zamiast swojej i zbliżył się w tamtą stronę, to prawdopodobnie pod nogami namacałbyś dno i mógłbyś wyjść tamtędy.
- Chędoż się łysolu! – odrzucił, po czym znów zaczął wspinać się po klatce.
Martha tylko złapała się za czoło, ale obserwowała poczynania nieznajomego gbura.
Brodacz tym razem zgrabniej dostał się na wysięgnik, ominął środkową przekładnie po czym opuścił się na zadaszenie przeciwległej klatki – tej pustej, która w tej chwili była najbliżej podestu.
- Kurwa ślisko... – oznajmił sam sobie patrząc na podest, na którym miał wylądować.
Heidric przyglądał się wyjściu, w tej chwili nie było tam żadnego ruchu, ale nie miał pewności czy zwierzęta faktycznie sobie poszły.
Brodacz zeskoczył i dość stabilnie wylądował na podeście. Obrał się ze śmieci, kępek włosów i innych nieczystości, które wytargał z wody. Klnąc cicho pod nosem powoli ruszył w stronę odległej ściany. Prawdopodobnie tylko Heidric dostrzegał jego ruchy. Był bardzo ostrożny i nie chcąc się poślizgnąć wychylił się po jeden z wiszących w kącie sali łańcuchów i pociągnął go. Konstrukcja zareagowała, z każdym pociągnięciem łańcucha klatki obracały się mącąc wodę. Ustawił klatkę, w której uwięziona była Martha tuż przy kamiennym chodniku.
- To co, otworzę ci klacię a potem razem czmychniemy stąd jak ją otworzę co? – dumnie zaproponował Marcie.
- Dobrze wiesz, że sam stąd nie wyjdziesz, uwolnij nas. – rzekła stanowczo wpatrując się w jego ciemne oczy.
- Nie doceniasz mnie mała, pomysłowy ze mnie gość. – odpowiedział z uśmiechem.
- Jak tylko wyjdziesz z tej sali rozszarpią cię te zwierzęta w korytarzu... słyszałeś mlaskanie prawda? – podważył jego butność Heidric – ja je widziałem, chcesz to idź sam.
- Errr – zrzędził pod nosem nieznajomy – wypuszczę cię mała, razem damy sobie radę. Z lekkim wahaniem położył się na kamiennym chodniku, zanurzył ręce pod klatkę kobiety i chwilę pogrzebał w zamontowanym tam zamknięciu.

Zapadka puściła, Martha wyszła i stanęła na podeście. Okazała się nie taka mała jak przyzwyczajał się nazywać ją brodacz. Licząca dobre 180 cm wzrostu, dobrze zbudowana i umięśniona sylwetka kobiety nosiła liczne blizny na skórze. Mokre, ciemno-rude włosy we w połowie rozplątanym warkoczu sięgały do łokci. Nie miała przy sobie niczego poza skórzanymi spodniami dopasowanymi rzemieniem u boku i koszuli z wytarganymi rękawami. 
Gdy spojrzała w dół na ledwo sięgającego jej ramion brodacza, ten zmiękł w kolanach i z trudem przełknął ślinę.
- T...t..to co? Idziemy?- spytał
- Przecież nie zostawimy go tak, odsuń się durniu. – minęła nieznajomego i skierowała się w stronę łańcuchów. Zaczęła obracać klatkami.
Nieznajomy przez chwilę przyglądał się jej, po czym przypomniał sobie coś i zaczął nerwowo szukać po podeście. Rozgrzebując śmieci i kanałowy śluz zdenerwował się i zaczął zrzędzić – nie ma, zgubiłem to cholerstwo!
- Tego szukasz spryciarzu? – spytała zza jego pleców Martha, trzymając w ręku skórzaną torbę.
- Dawaj to! – odwarknął.
- Nie tak szybko! – uniosła torbę tak wysoko, że nie mógł jej dosięgnąć – przynajmniej powiedz kim jesteś i zacznij współpracować, bo inaczej nie będziemy mieli żadnych szans.
- Errr... Luca!, jestem Luca. – przyznał niechętnie.
- Co tu robisz i jak się tu znalazłeś Luca? – dopytała dając mu nadzieję na odzyskanie torby
- To moja sprawa! – odwarknął
- W takim razie nie jesteś nam potrzebny – złapała Lukę za jego szarą koszulę, uniosła tak, że stracił kontakt z podłogą po czym zawiesiła go nad basenem, w którym już raz się zanurzył.
- Kurwa co ty robisz kobieto! – krzyknął – Arrrghh dobra! Psia krew! Jestem posłańcem jakiegoś ważniaka na mieście, nie znam go, robotę zlecał mi pośrednik. Miałem dostarczyć wiadomość z wariatkowa a jedyna droga prowadziła pieprzonymi kanałami. Działę robiłem pierwszy raz i to bardzo niechętnie kurwa, w torbie miałem mapę. Gdy odebrałem wiadomość i miałem już wracać dostałem w pałę. Resztę znacie! a teraz postaw mnie!
Martha postawiła go na chodniku i rzuciła mu torbę. Ten szybko ją przeszukał – Kurwa jest tylko mapa! Gdzie wiadomość!?
- Sam widziałeś że niczego nie wyciągaliśmy, może wypadła? – tłumaczy Martha.
- Psia jego mać! – Luca rzucił się na podłogę i zaczął grzebać w śmieciach i ohydztwie. Heidric przyglądał się temu i zorientował, że spora część tych śmieci i nieczystości to między innymi gnijące resztki zwierząt i ludzi. Usłyszał jakieś warknięcie z końca korytarza – Uwaga, zbliżają się te zwierzęta! – ostrzegł.


Trzy , długie na jakieś półtora metra, przypominające kreto-szczury stwory wybiegły z korytarza próbując ugryźć kogokolwiek. Lucas zareagował błyskawicznie uderzając obcasem prosto w głowę jednego z nich. Martha przeskoczyła nad nimi i rzuciła się gołymi rękami przygniatając kolejnego do ziemi aż uszedł z niego ostatni dech. Heidric wycofał się i zauważył, że te stworzenia są ślepe – Pewnie żywią się padliną – pomyślał i próbował utrzymać dystans. Lucas znęcał się butami nad swoją ofiarą rozmazując głowę stwora po posadzce zaś Martha szybko przeskoczyła do trzeciego i potężnym kopnięciem łamiącym kilka żeber, posłała go na jedną ze ścian. Zwierzę wpadło do basenu.
- Dobra Luca, pokaż tą mapę, może pomoże nam się stąd wydostać. – rzucił Heidric. Luca wyciągnął skrawek papieru. Mapa była niezbyt dokładna, ale pokazywała kilka korytarzy oraz wyraźnie zaznaczoną trasę, którą teoretycznie brodacz miał się przedostać i która miała być w miarę bezpieczna. Nie mając pewności, czy pomieszczenie w którym się znajdują jest gdzieś na tej mapie zdecydowali, że ruszą korytarzem aby się trochę rozeznać.

. . .

Idąc którymś z kolejnych korytarzy, natknęli się blask ognia. Ściek płynący środkiem wyraźnie tam spływał a chodnik był zburzony. Pół korytarza było zwalone przez wyrwę, która zamieniała się w wielką, wykopaną w ziemi jamę, z której dobiegało światło pochodni rozstawionych na dnie. Wyrwa w korytarzu utrudniała przejście. Można było jakoś zejść na dół i poszukać przejścia w tej jamie albo spróbować przeskoczyć wyrwę i iść dalej kanałem.
- Będzie jakieś dziewięć metrów po pieprzonej śliskiej skarpie – ocenił Luca.
- Albo tędy, tylko trudno będzie skakać przy tak niskim stropie – dodał Heidric.
- Myślę że powinniśmy jakoś zejść na dół, spójrzcie na tę stertę... tam jest mnóstwo różnorakiego sprzętu. 
- Ktoś to musiał zbierać w kanałach i zbiorowiskach odpadów od miesięcy i zgromadził tu. Te pochodnie też nie zapaliły się same. – wyszeptała Martha.
Rzeczywiście, pod ścianą wydrążonej jamy było składowisko przeróżnych przedmiotów, zebranych prawdopodobnie w zlewiskach, spływach, śmietniskach i syfonach - prawdziwy skarbiec dla niektórych.
Gdy już przymierzali się do zejścia, jakaś garbata postać z kijem w ręku pojawiła się w wydrążonym przejściu prowadzącym do wielkiej jamy.
- Pst! Patrzcie! – ostrzegł szeptem Heidric – widziałem go wcześniej w tamtej sali.
Burcząc coś pod nosem, tajemnicza postać odziana w podarte i brudne łachy podeszła kulawym krokiem do sterty śmieci, dorzuciła jakiś drobiazg, rozejrzała się chwilę po czym skierowała z powrotem do korytarza.
Echo tajemniczego, głośnego skowytu i pisku nagle rozbrzmiało po wielkiej jamie.
- Zaaraz - zaaraz paskudo... odpowiedziała na skowyt tajemnicza postać.
Chrrrrr – coś jeszcze zachrapało. Dźwięk dochodził z korytarza.
- Na bogów co to było? – przeraził się Heidric.
- Chyba jakiś stwór, którego tam trzyma – odparła Martha.
- Dobra chodźmy, tu mogą być nasze fanty. – skwitował Luca rozpoczynając opuszczanie się.

Na dnie jamy, oprócz cuchnącego bajorka, które tworzy się z cieknących tu ścieków można było znaleźć mnóstwo używanej i zaniedbanej broni, pancerzy, pierwszorzędnych ubrań, przedmiotów osobistych a nawet biżuterii i innych drobiazgów.
Z jamy prowadziło jeszcze jedno wyjście, ale dawno zawalone. Heidric zauważył swoje własne przedmioty, rzucone najwyraźniej niedawno. Pod swoim plecakiem odnalazł też świstek papieru, który prawdopodobnie był tym, którego Luca tak szukał. Rozwinął go, wiadomość była zabrudzona i zapisana językiem klasycznym...


- Znalazłeś nasze rzeczy – zwrócił uwagę Luca – hej a to jest moje! Znalazłeś moje rzeczy! – rozgniewał się.
- Nie tak prędko, tu jest napisane coś, co jest dla mnie ważne! – odparł Heidric
- Gówno mnie to obchodzi! Oddawaj to kurwa bo zęby wyplujesz! – krzyknął brodacz.
- Zamknijcie się obaj, chyba was usłyszał – próbowała uspokoić półszeptem kobieta.
Potworny skowyt rozniósł się po grocie, wielki cień zaczął pląsać po ścianie jaskini.
- Kurwa dawaj ten list mówię! – nalegał Luca.
- Nie dam ci go, jest mi potrzebny!
- Kurwa wypatroszę cię ty mendo! – odwarknął agresywnie brodacz.

W wejściu do jamy pojawił się czteronogi potwór przypominający skalną modliszkę. Dodatkowa para odnóży wyposażona była w kostne szczypce i liczne ostre jak kamienie kolce. Zewnętrzny pancerz potwora do złudzenia przypominał skalną ścianę, głowa wydała się nie mieć oczu, za to wyposażona była w liczne czółka, wypustki i niewiarygodnie silne szczęki.
Temu trzymetrowemu potworowi towarzyszyła garbata postać, prawdopodobnie mutant, którego mięli okazję wcześniej obserwować.
- Żarcie przyszło! Maleńka zjedz ich! Hi hi, chacha aachachachacha! – śmiał się chrapliwym i świszczącym głosem mutant.

Potwór ruszył na przód. Martha wytargała ze sterty ogromny topór oburęczny i rzuciła się do kontrszarży.
Lucas znalazł kilka starych noży do rzucania i odskoczył szybko by zająć lepszą pozycję, chciał zaatakować mutanta. Heidric również złapał coś w dłoń ale nie zdążył uskoczyć. Bestia powaliła go jednym uderzeniem, po czym schwyciła w twarde kleszcze. Heidric zawył z bólu. Martha zamachnęła się kilka razy w potwora, jednak ten był szybki i pomimo ślepoty uchylał się przed ciosami.

Pierwszy i drugi nóż chybiły. Mutant pochwycił włócznię w dwie ręce i ruszył na Lucasa. Ten zgrabnie uniknął dźgnięcia i przeturlał się za plecy mutanta.
Aaaarrrghhhh! krzyknął garbaty człowiek i zamachnął się kijem o mało nie wycinając grotem oka brodacza. Luca zrobił dwa fikołki po kamienistej ziemi, stanął na równe nogi i rzucił kolejny nóż. Tym razem trafił mutanta prosto w brzuch, pordzewiałe ostrze wbiło się głęboko. Mutant poślinił się, burknął coś pod nosem i cisnął włócznią w Lucasa, zaraz potem rzucił się na niego z brudnymi pazurami. Lucas upadł próbując uniknąć lecącej włóczni, zaraz po tym poczuł na sobie ciężar mutanta, który wściekle dusił go i drapał krzycząc i opluwając go gęstą, cuchnącą śliną.

Silnym ciosem topór uderzył w pancerz potwora klinując się w nim. Bestia poczuła ból, aż szarpnęła i poluzowała ścisk szczypiec, akolita wypadł i z zaczął się wić z bólu po ziemi. Martha warknęła i z całej siły wyrwała ostrze topora z pancerza, niestety potwór zdążył trzepnąć ją jedną z odnóży posyłając kobietę w bajoro ścieków. Heidric zdołał się trochę odczołgać by znów uchwycić broń. Modliszkowa bestia wspięła się na ścianę i zatoczyła koło wokół małych ludzi.

Luca dostrzegł za plecami przyciskającego go do ziemi mutanta, że z korytarza wybiegają kretowate stwory, które już wcześniej widzieli. Tym razem jednak był ich co najmniej tuzin. Paskudny dech garbatego o mało nie zemdlił Lucasa, który do tego był przyduszany uściskiem brudnych rąk. Luca zgrabnie pochwycił jeden z leżących obok niego noży, przepchnął nadgarstek miedzy uściskiem oponenta i szybkim uderzeniem zagłębił ostrze od dołu w jego szczęce. Mutant zacharczał i natychmiast złapał się za tkwiącą pod w nim rękojeść, pozwoliło to Lucasowi wyślizgnąć się spod niego. Brodacz dobył ostatni ze zgarniętych wcześniej noży, cisnął nim w mutanta trafiając pod żebra. Garbaty człowiek zwinął się z bólu i charcząc bezsilnie powoli wykrwawiał się. 

Skalny potwór zeskoczył ze ściany prosto na Heidrica. Ten przewidział ten ruch i był gotowy do odskoku. Uskoczył i uniknął bycia zmiażdżonym ale bestia była zwinniejsza niż myślał. Pochwyciła go ponownie w szczypce i próbowała zagłębić w nim swoje szczęki. Heidric w ostatniej chwili huknął ją młotem prosto w głowę tak mocno, że zewnętrzny pancerz popękał. Poprawił raz jeszcze w przegub szczypiec, uwolnił się i upadł znów na ziemię, tym razem obijając się mocniej. Bestia wyraźnie poczuła wstrząs i wycofała się.
Wykorzystała to Martha, która powstając z sadzawki ściekowej zaszarżowała na potwora. Sprawny zamach topora oderwał potworowi nogę, następnie odmachnęła się w drugą stronę odcinając mu kawałek głowy. Krew trysnęła w powietrze, potwór uniósł się na dwóch kończynach najwyżej jak potrafił po czym z hukiem padł na ziemię wijąc się w konwulsjach.

Małe kreto-szczury natychmiast rzuciły się na ciało potwora i mutanta. Oblazły je podgryzając się wzajemnie aby dostać choć kawałka ciała.
- Nie dziabią nas! Zabierajmy stąd nasze dupy! – krzyknął Lukas.
Martha wsparła Heidrica i wszyscy ruszyli w stronę korytarza. Po drugiej stronie drogę zagrodził im kolejny tuzin wściekłych kreto-szczurów. Warczały i śliniły się.
- Co teraz kurwa? Nie damy rady z tyloma na raz! Co robimy? – krzyczał panicznie brodacz.
- One żrą padlinę... zwykle... – przepchnął przez ból Heidric.
- A co jak padliny nie ma? – spytała wojowniczka.
- To nie wiem, pewnie będą za nami szły aż ktoś upuści im krwi... – dodał Heidric
- Zajebiście! – skomentował brodacz
- Zamknij się, bierz łysego a ja spróbuje ich odciągnąć – rzuciła, przekazując rannego Lucasowi.
- Co tylko zechcesz ognistowłosa...
- Co za leszcz... – odparła cicho bardziej do siebie.

Lucas z Heidrikiem przedostali się na koniec drugiej groty. Martha kilkoma szybkimi ciosami utrzymała irytujące stwory na odległość, ciosami topora pozbawiając życia kilku z nich. Zwierzęta próbowały ją podgryzać, ale nie zrobiły dużej krzywdy. Gdy tylko wojowniczka zapewniła im posiłek, odeszła szybkim krokiem obserwując jak te rzucają się na ścierwa.
- Widzieliście tą wielką jamę tuż za tą skałą? – spytała.
- Tak, nie widać było granic... prawdopodobnie stamtąd przylazł ten potwór – zauważył akolita.
- To raczej tam nie ma pieprzonego zwiewu, nie będzie tam... – dodał brodacz.
Cokolwiek Lucas miał na myśli, Heidric kontynuował – zauważyłem na górze dwie drogi. Jedna tamtą drewnianą kładką prowadzi do małej wyrwy, być może łączy się znów z kanałami. Druga w przeciwną stronę, tamtym wydrążonym tunelem w górę. Tak czy siak trzeba się wspiąć tędy.
- widziałam tu kawałek liny, powinniśmy dać radę tam wejść – oznajmiła kobieta.
. . .



Heidric widział z nich najlepiej. Szedł przodem wąskim kanałem, wszyscy brodzili po kolana w cuchnącej wodzie.
- Ten tunel musi gdzieś prowadzić, czuję powiew powietrza – szepnął Heidric – coś widzę na końcu, błyszczy się i powoli rusza. Ludzie albo mutanty... informował na bieżąco.
Uważaj kurwa! – krzyknął nagle Lucas, ale było za późno. Heidric coś nadepnął a z wody wystrzeliła platforma zakończona deską z naostrzonymi kołkami trafiając akolitę boleśnie w brzuch. Jęknął tylko i upadł do wody.


Martha szybko go podźwignęła ale hałas dotarł na koniec korytarza. Dwie człekokształtne, garbate postacie chluszcząc wodą rzuciły się w ich stronę.
- Psia krew to znowu jakieś mutanty! Kurwa! – rzucił Lucas przechodząc na przód. Razem z Marthą chcieli złapać nieprzytomnego Heidrica i unieść go nad wodą, niestety brodacz z pośpiechu również w coś wdepnął i uruchomił identyczne urządzenie, ale skierowane w drugą stronę. Sprężyna podrzuciła go tak, że walnął butami w strop i upadł prosto do wody.
- To ludzie!, to przecież ludzie! Czemu się tak zachowują!? – krzyknęła zdziwiona Martha.
Uruchomione barykady skutecznie zablokowały przejście, uniemożliwiając wściekłym napastnikom przedarcie się do kogokolwiek pozwalając Marcie i Lucasowi wycofać się wraz z Heidrikiem. Stwory krzyczały i ujadały jak wściekłe psy uwydatniając poranione usta z wybrakowanym uzębieniem. W ich oczach był szał i opętanie.
- To pojebane trupojady! Musiały tu przyleźć z cmentarza! – tłumaczył Lucas – widziałem już takich na mieście, to mendy z ulicy co żreć nie mają i trupy na cmentarzach wpieprzają, odpierdala im od tego, masakra jakaś. Musimy być gdzieś pod pieprzonym cmentarzem a te pułapki miały je zatrzymywać przed przełażeniem do kanałów. Tędy nie zwiejemy, trzeba wyczaić ten drugi zwiew!

. . .

Heidric był w bardzo złym stanie. Martha taszczyła go nieprzytomnego przez dobre kilkadziesiąt metrów po kanałach gdy razem z Lucasem przemierzali kolejne korytarze. Na mapie brodacza było zaznaczonych kilka punktów odniesienia: dwa zejścia (w tym jedna studnia), cztery studzienki kanalizacyjne, którymi też można było próbować się wydostać, miejsce oznaczone jako szpital oraz odpływ do Reiku. Musieli być gdzieś daleko od ścieżek wskazanych na mapie gdyż nijak nie potrafili zsynchronizować mapy względem korytarzy, którymi podążali. Martha opadła z sił niosąc nieprzytomnego Heidrica, który mocno się wykrwawiał.
- Muszę odetchnąć, nie dam rady go tak dłużej targać. Jak to jest, że to my zawsze musimy was ratować gdy przychodzi co do czego? – spytała retorycznie.
- Wiesz lalka, pomógłbym Ci ale ktoś musi sprawdzać te pieprzone korytarze, żebyśmy znów nie wleźli w jakieś gówno. – odparł Lucas.
- Gówno to tu jest wszędzie... – spojrzała na akolitę - jak Morr nie przyjmie go od upływu krwi, to zemrze na infekcję i gorączkę. Co tam się dzieje z tym korytarzem? – rzuciła kiwając głową w stronę dalszej części kanału.

Luca przyświecił pochodnią, którą zabrał z wielkiej jamy wracając tamtędy. Z początku nie wyglądało to problematycznie, kanał był zburzony ale drożny. Koryto zamieniło się w podłużną wielką kałużę, długą na kilka metrów po czym wyrwa znów zmieniała się w korytarz, tyle że rozdwojony a ścieki płynęły dalej. Po powierzchni kałuży pływały nieczystości i piana, przyklejały się do ścian i pływających śmieci.
- Dupiato to wygląda – oznajmił Luca – mamy tu wielkie pieprzone bajoro pełnie pieprzonej wody, nie wiem jak głębokiej. Nie da się obejść bokiem, pieprzone ściany są śliskie i nie ma na czym się oprzeć. Dalej jest kanał, rozwidla się, wygląda dupiato! Ja to chrzanię i wracam, może inny korytarz będzie lepszy.
- Sprawdziliśmy inne korytarze, żeby iść zupełnie inną drogą, musielibyśmy się bardzo daleko wrócić i mieć nadzieje że nie pobłądzimy całkiem albo że nas coś nie zeżre. Widzisz że tej części kanałów chyba nikt nie patroluje. Zapomnij! – odparła kobieta i podniosła się.
- Spróbuję tam przejść, zobaczymy jak jest głęboko – postanowiła.
Martha zanurzyła się w zalanej wyrwie, okazało się, że woda sięga mniej więcej do bioder. Podłoże było muliste i niestabilne. Kobieta uniosła broń, żeby mogła lepiej balansować i ostrożnie posuwała się naprzód.

Tym czasem Luca pochylił się nad Heidrikiem.
- No co tam łysolu? Żal mi cię ale tak to już kurwa jest – wyszeptał wyjmując mu zza skórzanej kurtki list z wiadomością, który Heidric zabrał mu w wielkiej jamie. – raz na wozie, a raz nawozem, ciesz się że biorę tylko to co moje.
- Aaaa! – krzyknęła Martha. – coś mnie tu pochwyciło!
Lucas pobladł i stanął jak wryty. Heidric nagle przebudził się.
Coś zawijało się w nogę Marthy, nie potrafiła się wyszarpać.
- Cholera! coś zgniata mi nogę, aaaa! wciąga mnie! – wojowniczka próbowała wyszarpać nogę, ale nic nie pomagało. Po chwili coś zawinęło się również wokół drugiej kostki i zaczęło mocno ściskać. Martha wsparła się na toporze i z całej siły próbowała uwolnić nogi. Niestety im więcej siły wkładała w wydostanie się, tym mocniej zaciskały się owijające ją macki, które dodatkowo twardniały z wierzchu na kamień i powodowały ból. Wyjęła sztylet i zaczęła ciąć i podważać obce tkanki, robiła to na ślepo, ścieki były całkowicie nieprzejrzyste. Wojowniczka czuła, że próbując się uwolnić poraniła nieco samą siebie. Jakimś cudem odcięła jedną mackę i wyrwała się, ale druga zawinęła się w jej nogę ponad kolanem i wciągnęła ją głębiej. Martha ledwo mogła się wyprostować, twarz miała blisko cuchnącej wody, o mało nie zachłysnęła się pływającym szlamem.
Lucas dalej stał jak wryty. Heidric, który dopiero odzyskał przytomność próbował pojąć co się dzieje. Wstąpiły w niego kresowe zapasy woli i odżył jakby już nigdy miał nie żyć, podniósł linę, którą nosił Luca i rzucił Marcie.
- Złap to! Zaczep gdzieś! No dalej! – krzyknął do niej.
Martha robiła wszystko aby nie zachłysnąć się ściekami, czuła że powoli opada z sił i nie potrafi uwolnić nogi. Stworzenie kryjące się na dnie było potwornie silne i wytrzymałe. Kobieta dźgała, cięła i szarpała, nic nie pomagało. Złapała linę rzuconą przez Heidrica i ostatkiem możliwości zarzuciła na jeden z kamieni po drugiej stronie. Lina zawiązała się mocno, dając Marcie dodatkowy punkt zaczepienia. Dźgnęła jeszcze kilka razy w mackę pod wodą ponownie raniąc się przy tym.
- Aaaarrrgghhh! – krzyknęła tak głośno jak mogła i wyszarpała się z kamiennego uścisku.
Resztą sił wczołgała się do prawego kamiennego chodnika i zwymiotowała. Chwilę trwało zanim odsapnęła i doszła do siebie.
- Co to było Martho? – spytał Heidric z drugiego końca.
- Coś jest w wodzie, chwyta i oplątuje! Musicie uważać, bardzo trudno je odciąć! – tłumaczyła.
- Świetnie w cholerę – skomentował Luca – ciekawe jak to kurwa mamy zmontować. 
- Złap za linę, spróbuję przejść pod ścianą, może nie wdepnę gdzie nie trzeba i dno będzie wyżej – postanowił akolita chwytając za linę.
- Pieprzona woda... – burczał pod nosem brodacz.

Heidric zanurzył się i trzymając linę ostrożnie posuwał się naprzód. Starał się iść najbliżej ściany jak tylko się dało. Lucas patrzył to na niego to na wodę, był przekonany, że oprócz spływających nieczystości coś jeszcze ją mąci.
Szczęśliwie akolita przedostał się bez większych problemów, zajął miejsce obok wojowniczki.
- Lucas, bierz linę i przechodź, spróbuj zrobić tak jak ja! – poinstruował Heidric rzucając linę.
- Chyba was popieprzyło! Nie ma szans, żebym w to wlazł! – odparł.
- Nie wygłupiaj się żałosny dzieciaku! Rączkę ci jeszcze podać? – rzuciła Martha.
- Znajdę lepszą drogę, jestem za sprytny żeby coś mnie zaskoczyło!
- Sam nie masz szans! Zgubisz się! – próbował go przekonać akolita.
- No dalej mięczaku! Jak jesteś taki sprytny to pokaż! – dodała Martha.
- Nie ma kurwa żadnych szans, żebym w to wlazł, to pieprzona kałuża i do tego gryzie!
- Co ty masz z tymi kałużami? – dopytał Heidric
- Kurwa nic! Odpieprz się!
- Co z tego, że gryzie!? Jaj ci nie urwie bo ich nie masz! – skomentowała kobieta.
Lucasa na chwilę zatkało, próbował zmierzyć się z panicznym strachem.

- Nie umiem kurwa pływać i nie akceptuję pieprzonej wody jasne!? – przyznał.
- To co ty do cholery robiłeś w kanałach!? – zdziwił się Heidric i spojrzał na Marthę. Ta odwzajemniła spojrzenie ze zdziwieniem.
- Kurwa jak dobrze płacą to wszystko się robi, na mapie droga była prosta! Nikt nie mówił, że będę tarzał się w płynnym pieprzonym gównie!
- Bierz linę i właź, nie będziemy tu na ciebie wiecznie czekać! – zniecierpliwiła się Martha.
Lucas złapał za linę ale cały się trząsł. Czuł że jest mokry i cuchnie, ale jak pomyślał, że będzie musiał się znów zanurzyć w tej kałuży, która do tego może z łatwością posłać go na dno, to aż jęknął pod nosem.
- No dalej człowieku! Rzuć nam najpierw pochodnię! – pospieszał go akolita. Lucas stał na skraju korytarza jakby ducha zobaczył.
Dalej, rzuć pochodnię i przewiąż się liną! Będzie ci łatwiej utrzymać równowagę a w razie czego wyciągniemy cię! – wpadli na pomysł Heidric z Marthą.
O dziwo Lucas przemyślał propozycję i uznał za całkiem sensowną. Zawinął linę wokół pasa a pochodnię rzucił tak, że upadła pod nogami Marthy.
- No dalej! – poganiał akolita.
Lucas wciąż wahał się, nie potrafił przezwyciężyć lęku.
- To bez sensu... – mruknęła do Heidrica Martha ze zniecierpliwieniem po czym z całej siły szarpnęła linę.
- Aaaaaaaaaa kurwaaaa! - Lucas machając rękami jak przed stadem szerszeni, wpadł twarzą płasko prosto w koryto...
Brudna woda chlustała na wszystkie strony, brodacz wrzeszczał tak głośno, że prawdopodobnie obudził wszystkie potwory w kanałach i trupy na cmentarzach. Martha z Heidrikiem starali się jak najszybciej go przeciągnąć...
- Aaaaaaa! Kurwaaaaaa coś mnie złapałooo!!!! Aaaaaaaaa!!! – wrzeszczał.
- Psia krew, jeśli go to złapało to nie wyciągniemy go! – skomentowała kobieta.
- Cholera, nie przesuwa się – dodał Heidric mocno ciągnąc linę.
Martha wzięła sztylet, weszła ponownie do wody próbując pochwycić Lucasa za ręce, nogi, cokolwiek. Złapała go mocno i zaczęła szarpać z całej siły. Lucas wrzeszczał i przeklinał tak soczyście jak tylko potrafił. Kobieta sztyletem z całej siły dźgnęła i cięła parę razy w mackę, którą namacała pod wodą a drugą ręką wyszarpnęła nogę przerażonego brodacza. Ostatkiem sił Heidric wciągnął Lucasa do kanału, Martha wskoczyła zaraz za nim depcząc i przygniatając go lekko.
- To jakaś pieprzona paranoja! Kurwa... – wydusił jednocześnie kaszląc i dysząc.

. . .

Brudni, wykończeni i ranni ruszyli dalej. Korytarze się dłużyły a wiele z nich była ślepa, zabarykadowana lub zbyt ciasna by się przedostać. W końcu, szczęśliwie dotarli do punktu, który zaczął pasować do mapy Lucasa.
- Mam! To ten korytarz! – oznajmił brodacz.
- Rzeczywiście, „Niebezpieczne miejsca” – odczytał z mapy Heidric – już rozumiem o co chodziło. Miałeś tu nie wchodzić.
- Co ty kurwa nie powiesz mózgowcu! – skwitował.
- Dobra dzieciaki dosyć waszych przekomarzań, trzeba się stąd w końcu wydostać, mam serdecznie dosyć tego gówna i aż mnie świerzbi by komuś za to łeb urwać. – pogoniła wojowniczka.
- Nie kurwa, ja nie idę tam z wami. Idę tędy, według mapy! Tam gdzie miałem wyjść.
- Nie bądź głupi, chcesz to jeszcze raz przerabiać? – spytał Heidric.
- Teraz wiem gdzie jestem tępy ćwoku, to nie to samo. Idźcie w cholerę, tym korytarzem do końca, później pierwsza w lewo i potem w prawo. Tam będzie wyjście, ja zabieram mapę.
- Nie będę się z Tobą drugi raz kłócił – odparł Heidric ledwo stojąc na nogach. Był wykończony, ranny i cudem jeszcze się ruszał.
- Dobra niech idzie, wyjdziemy tędy, jest bliżej. Pomogę ci wyjść, tylko podnieś się... – Martha złapała Heidrica przez ramię i ostrożnie by nie uderzył głową o strop zaczęła iść.
- Hej mała, gdzie cię znajdę? – krzyknął Lucas w ich stronę.
- Lepiej dla ciebie żebyś mnie nie znalazł dzieciaku, bo mogę nie mieć już tyle cierpliwości!
Wyjście było już blisko, ostatnie zakręty, ostatnie cuchnące barykady śmieci, kilka schodków i światło w tunelu...





Od MG:

Postać Marthy oraz Lucasa to nie NPC. Wystąpiły gościnnie i odgrywane były spontanicznie i bez wcześniejszego przygotowania, przez graczy normalnie prowadzących Argentę i Siegfrieda.
Profile Lucasa i Marthy były opracowane wcześniej przez MG i wręczone z zaskoczenia podczas sesji gdyż Siegfried i Argenta nie brali udziału w wydarzeniach pod Altdorfem.


Gratuluję i dziękuję.


poniedziałek, 1 września 2014

Altdorf we krwi cz. 2. Oblicze gniewu.

W międzyczasie młody najemnik Siegfried osobiście rozpracowuje temat zlecenia herr Landgrafa i jeszcze tego wieczora dostarcza mu skrzynkę z tajemniczą zawartością. Błądzenie po Altdorfie prowadzi go w wiele miejsc, nie wszystkie z nich to te, do których chciał dotrzeć. Dom Uciech Czerwonej Kocicy wydawał się ciekawym pomysłem na chwilę odpoczynku, zwłaszcza że naganiacz była nadzwyczaj ponętna. Siegfried oparł się jednak namowom czerwonoustej kusicielki i późnym wieczorem dotarł do domu Webberów by tam spotkać się z towarzyszami.

- Co się z nim dzieje? - Spytał najemnik ze zdziwieniem.
- Wydaje mi się, że Heidric zrobił coś czego chyba nie jest świadomy – odparła ze zmęczeniem Argenta. – Obawiam się, że ktoś znów stracił życie z jego ręki, nie wiem czy mam mu o tym powiedzieć czy zrzucić to na zły sen. Otumaniłam go i ułożyłam na pryczy, ręce i broń miał we krwi ale sam ranny nie był, sprawdziłam.
- Może lepiej mu nie mówić? – dopytał najemnik.
- Sama nie wiem, jestem zmęczona a przede mną mnóstwo pracy w laboratorium. Mam pewną sprawę, która wyskoczyła, żona Oda zachorowała, prawdopodobnie na skutek pracy nad jakimś dziwnym przepisem. Obiecałam mu że zajmę się tym, jestem im to winna.
- Potrzebujesz pomocy? – dodał najemnik wiedząc że Argenta i tak się nie zgodzi.
- Dzięki ale muszę zrobić to sama, i tak nie jestem pewna czy mi się uda. – Dopiła kubek ciepłego kompotu po czym wstała i skierowała się w stronę piwnicy.

Tuż nad ranem głuchawy huk wstrząsnął budynkiem aż z sufitu posypał się kurz. Siegfried i Odo natychmiast zbiegli do piwnicy, gdzie zastali Argentę w chmurze dymu i iskier. Natychmiast rzucili się dziewczynie do pomocy, szybko też dogasili resztę płomieni.
- Co się stało? – spytali niemal jednocześnie.
- Mały błąd –eche- -eche- w badaniach, nic mi nie jest. Obawiam się jednak –eche-, że znów zniszczyłam Ci część aparatury. – odparła dziewczyna chrapliwym głosem przerywanym kaszlem.
- A co z badaniami? – panicznie wyrzucił Odo.
- Jeszcze nie wiem, ale jak poprawię dwa drobiazgi w schemacie, to powinnam rozpracować całą jego treść – odparła z entuzjazmem Argenta, niespecjalnie przejmując się tym co przed chwilą się stało.


Argenta o mało nie niszcząc połowy domu rzeczywiście dopracowała przepis, który Martha – żona Oda - próbowała odtworzyć ostatnimi dniami ze zdobytego kawałka kartki. Podobno dostała go jako ‘bezużyteczny strzęp’ od jakiegoś kupca. Niestety dopadła ją jakaś niezwykła gorączka oraz zmiany na skórze, co ostatecznie przybiło ją do łóżka.

Pomimo tego, że Argenta wie co mniej więcej otrzyma z odtworzonego przepisu, nie ma pojęcia do czego może to służyć i co za tym idzie, nie zna wartości tej dziwnej substancji. Jedno jest pewne, nie są to byle perfumy, przepis uwzględnia użycie bardzo rzadkich i trudno dostępnych magicznych składników, więc i przeznaczenie owoców tego przepisu musi być niezwykłe.


Po paru godzinach, późnym porankiem:

- Chciałabym skonsultować się z moim mistrzem herr Holtkampem z uczelni. Jest moim promotorem i... – przerwała.
- I co? – nacisnął Odo.
- I w sumie powinnam się do niego i tak udać w sprawie ostatniego roku i moich egzaminów. Może też powie mi coś więcej na temat tego przepisu i przeznaczenia tego półproduktu.
- Jeszcze nie byłaś?! – wrzasnął zaskoczony Odo – powinnaś się cieszyć, że jeszcze cię nie wyrzucili z kolegium za taką próżność! – dodał.
- Udam się tam dzisiaj, wezmę przepis. Przy okazji, może uda mi się coś zbadać na uczelni, tutaj niestety nie mam możliwości.
- Nie mogę uwierzyć, że to dla Ciebie taka błahostka. Ruszaj czym prędzej – pospieszył ją rzucając w jej kierunku świeżą słodką bułką posypaną makiem.
- A co u Marthy? – spytała.
- Bez zmian, ale rozmawiałem z siostrą Helgą, z hospicjum, powiedziała, że ma pewne podejrzenia co do dolegliwości Marthy i obiecała za kilka dni dostarczyć lek, który ma jej pomóc. Myślę, że skorzystam z tej możliwości, choć nie wiem, czy będę w stanie za to zapłacić.
Argenta odpowiedziała milczeniem i skinieniem głowy. Odwróciła się i wyszła z kuchni.

. . .

Labirynt biedoty wcale nie zmienił się od wczoraj. Powietrze wciąż jest tu ciężkie, ciche i nieprzyjazne. Ludzie chowają się i patrzą wzrokiem mordercy. Niektórzy szepczą coś do siebie przez zęby a inni próbują ukryć drżące dłonie i nerwowość. Mokre, błotniste i śmierdzące chodniki czynią marsz dodatkowo nieprzyjemnym.
Bohaterowie błądzą po ciemnych i niebezpiecznych zaułkach dobre kilka godzin, a gdy wyczerpuje im się cierpliwość, trafiają na małego chłopca imieniem Tede, który okazuje się dobrze znać okolicę – śledził ich też od jakiegoś czasu. Młody chłopaczek jest bardzo zaradny i przedsiębiorczy. Wyciągając od towarzyszy kilka miedziaków, prowadzi ich w kilka miejsc, w których niejaki Marc mógł się pojawić.

- Myślę, że w tych kanałach znajdziemy odpowiedź. Jeśli tylko Marc odważył się wejść tam najgłębiej, być
może jest tam jakieś bezpieczne miejsce, a może przejście o którym wiedział tylko on – wywnioskował Heidric gdy wszyscy stali przy wpływie kanalizacyjnym, które wskazał im Tede jako jedno z miejsc „zabawy” chłopców. Akolita zaszedł kilka metrów w głąb ciemnego, do połowy zalanego cuchnącym szlamem korytarza. – Bez pochodni ani rusz, nawet dla mnie. Uważam jednak że warto zbadać to miejsce krzyknął do reszty.
- Heidric wyłaź stamtąd! – krzyknęła z politowaniem Argenta.
- To niemożliwe, żeby było tam cokolwiek oprócz szczurów! – dodał Siegfried
Heidric powoli wycofał się. – Zobacz jak to wygląda, nie możliwe, żeby Marc zagłębiał się w to gówno, zwłaszcza bez światła, to jednak tylko dziecko. tłumaczy Argenta.
- Wiesz, wydaje mi się to jedyne miejsce, w którym nie byliśmy, w którym nikt nie sprawdził a w którym łatwo ukryć rzeczy i zjawiska związane z wszelkimi nielegalnymi i tajnymi sprawami. – upierał się Heidric.
- Myślę że prędzej zrobisz sobie tam krzywdę, strujesz się albo dostaniesz po łbie od szurołapów albo nawet patrolu kanałowego. Argenta ma rację, nawet jeśli kanały to miejsce pełne tajemnic, to nic nie wskazuje na to, aby w jakikolwiek sposób były powiązane z morderstwami na powierzchni. – oświadczył Siegfried.
- Gdybym tu był sam, to nie czekałbym na was, tylko bym to sprawdził – odparł akolita niemal obrażając się.
- Heidriku, w sumie to nic nie stoi ci na przeszkodzie, nie jestem twoją matką i nie zamierzam cię na siłę powstrzymywać – skwitowała ostatecznie Argenta odwracając się i ruszając dalej za Tedem.
- A wiesz że to przemyślę!? – rzucił Heidric, po czym również ruszył za resztą.

. . .

- Proszę - proszę, któż to postanowił pojawić się na zajęciach. Cóż sprawia, że obdarzasz nas taką łaskawością uczennico? – przywitał sarkazmem Argentę starszy, wysuszony mężczyzna w rękawiczkach. Całe laboratorium ucichło za wyjątkiem bulgotu warzących się mikstur.
- Dobrego dnia mistrzu, chciałam z mistrzem porozmawiać...
- To dość zuchwałe z twojej strony z mojej perspektywy. – odpowiedział całkiem poważnie.
- Przepraszam, chciałam się wytłumaczyć i przekonać mistrza, że chcę skończyć naukę jak należy i podejść do egzaminów... – Erico! – przerwał jej – tylko ze względu na twoje osiągnięcia i potencjał, który w tobie drzemie jestem gotów wysłuchać Cię, ale nie możesz tak po prostu przychodzić sobie na zajęcia kiedy tylko tobie pasuje, jak do jakiegoś zamtuza i wymuszać na mnie jakiekolwiek konsultacje! Myślisz, że zawsze wszyscy będą dookoła ciebie skakać?! – oświadczył stanowczo choć spokojnie. – jestem ciekaw w jaki sposób zamierzasz podejść do egzaminów z takimi zaległościami i co w tej sprawie zaproponujesz...
Erica pobladła, wiedziała, że nie może naciskać bo nie osiągnie swego celu. Ale było jednak coś znacznie ważniejszego.
- Mistrzu potrzebuję teraz konsultacji z mistrzem! Musi mnie mistrz wysłuchać! To kwestia życia i śmierci! – wytłumaczyła adeptka z lekką przesadą.
Herr Holtkamp zamarł, ale bardziej z zaciekawienia niż z szoku czy oburzenia. Znał Argentę dobrze i wiedział, że może mieć rzeczywiście coś ciekawego do powiedzenia. Opuścili obydwoje laboratorium.
- Chciałam prosić mistrza o udostępnienie akademickich odczynników i aparatury aby zbadać zawartość tej fiolki – wyjaśniła wyciągając fiolkę z próbką krwi, którą zebrała w jednym z miejsc brutalnych morderstw z Reikerbahn. – Cóż to jest? – dopytał mistrz.
- W Reikerbahn dzieją się straszne rzeczy, z którymi niestety władze mnie powiązały, choć nie jestem winna tego co tam się dzieje. Potrzebuję pomocy aby oczyścić siebie i moich przyjaciół z zarzutów. Chcę zbadać tą krew, jestem przekonana, że nie jest naturalna ale muszę to udowodnić. Proszę mistrza o zrozumienie i...
- Erico, przeginasz – znów przerwał mistrz.
- ...i obiecuję, że się to będzie mistrzowi opłacało! To ta druga sprawa! – nie pozwoliła sobie przerwać Argenta.
Herr Holtkamp pozwolił jej dokończyć.
- Mam tu przepis, który niedawno rozpracowałam. Chciałabym aby mistrz przyjrzał się tym wzorom i powiedział co o tym sądzi. Chciałabym aby mistrz sprawdził czy nie popełniłam błędu. A może mistrz wie czym jest produkt tego przepisu i do czego służy?
Holtkamp wziął do rąk notatki sporządzone przez adeptkę. Nie wręczyła mu jednak oryginału a jedynie własną pracę. – Sporo tu tego – skomentował zakładając okulary na nos. Sama to wszystko zrobiłaś?
- Tak, to znaczy prawie. Miałam jedynie wstępne dane opracowane przez moją znajomą. Na podstawie tego co zgromadziła odtworzyłam przepis, prostym doświadczeniem zbadałam prawidłowość głównych reakcji i wszystko wskazuje na to, że udało mi się to skompletować. Produkt tych reakcji wydaje się być sensowny, ale zastanawiałam się do czego to może służyć i czy przypadkiem nie popełniłam błędu.
- Erico ale tu są potrzebne bardzo rzadkie substraty, ten przepis wygląda na średnio akceptowalny z punktu widzenia prawa. – skomentował pobieżnie przeglądając papiery.
- Zdaję sobie z tego sprawę mistrzu ale nie mam do kogo z tym pójść. Tylko mistrz ma odpowiednią wiedzę. Miałam nadzieję na zrozumienie i dyskrecję.
- Przyjrzę się temu – zdecydował herr Holtkamp, ale potrzebuję na to trochę czasu. A ty lepiej nie chwal się na wszystkie strony o tym. Możesz skorzystać z laboratorium, masz czas do południa. Przyjdź do mnie za kilka dni, i zastanów się nad swoją karierą, oczekuję że zaproponujesz coś od siebie jeśli mam tolerować Twoje podejście i dopuścić Cię do egzaminu. – podsumował magister kończąc rozmowę.

. . .

Coś jest w powietrzu, Argencie cały czas drżały palce, zupełnie jakby w dłoni miała potężny magiczny przedmiot, nie potrafi tego wyjaśnić a już na pewno opanować. Za plecami słyszy chlapiące kroki Siegfrieda i Heidrica, którzy do tego nerwowo sapią i cedzą przekleństwa przez zęby.
- Czy możesz do cholery przestać pieprzyć!? - ryknął gniewnie przez plecy Siegfried.
- Mam już dość twojego sapania i marudzenia! Choć raz powiedziałbyś wprost coś sensownego a nie milczał i burczał pod nosem! – odparł Heidric równie gniewnie.
- Słuchaj palancie, mam dosyć tego jak się wymądrzasz i panoszysz, cały czas zaciągasz nas w jakieś gówniane uliczki nie mając żadnego pomysłu a do tego ciągle bredzisz o tej swojej siostrze! Ile jeszcze będziemy robili to czego ty chcesz!? – rzucił zatrzymując się i odwracając do Heidrica.
- Tak długo jak tylko taki bezmózg jak ty będzie potrzebował mnie jako niańki! Moze sam dla odmiany ruszysz łbem? Czy może masz tam za daleko!? Do Argenty dotarły dopiero te ostatnie słowa, z niedowierzaniem spojrzała na młodego kleryka, nie poznała go. Jednocześnie widziała Siegfrieda, który dobył swój tasak i rzucił się wściekle na Heidrica.
- Dosyć tego łysolu, pokaże Ci kto będzie zaraz potrzebował niańki! – warknął przez zęby i skoczył na akolitę zamachując się w kierunku jego głowy.
Heidric w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem próbując zepchnąć najemnika na ścianę budynku. Ten jednak oparł się naporowi po czym silnym zamachem uderzył Heidrica w brzuch odpychając go nieco. Heidric o mało nie poślizgnął się, ale zdążył dobyć swój nowy, lśniący miecz. Siegfried zrobił kolejny zamach, akolita cudem sparował cios po czym wykonał cięcie, zmuszając Siegfrieda do zwiększenia dystansu. Akolita utrzymał stabilność i naparł na najemnika uderzając go barkiem, posyłając prosto na ścianę budynku.

Argenta nie bardzo wiedziała co zrobić. Uliczka była wąska i pełna śliskiego błota, nie chciała skrzywdzić żadnego z towarzyszy, dotarło do niej, że opętało ich to samo co mieszkańców tej dzielnicy, którzy doprowadzają do podobnych bójek. Doskoczyła bliżej, szukając okazji do interwencji.

Siegfried mocno huknął w ścianę budynku, ale dał radę na ślepo odwinąć się tasakiem. Doskonale naostrzona broń rozcięła rękaw niedoświadczonego w walce akolity upuszczając stróżkę krwi. Heidric zrozumiał, że traci przewagę i spróbował podciąć ledwo stojącego oponenta. Siegfried runął w błoto wyrzucając z zamachu miecz w powietrze, zdołał jednak szarpnąć Heidrika i pociągnąć go z sobą w śmierdzące błoto.
Obydwaj tarzali się teraz w błotnistej uliczce jak dwa wieprze w najlepszej zabawie w deszczowy dzień. Argenta spróbowała złapać Siegfrieda za nogę i odciągnąć go, ale ten silnym kopniakiem odepchnął ją, posyłając jej tyłek prosto w błoto. Najemnik zgrabnie zdołał wydobyć sztylet zza pasa i próbował nim dźgnąć Heidrica, ten zaś szybko uchwycił jego nadgarstek nie dopuszczając ostrza do swego gardła. Argenta nieco niezdarnie wstała i znów złapała najemnika za nogę rozpraszając go tym sposobem. Heidric czuł że nie da rady długo powstrzymać masy Siegfrieda i zdecydował uderzyć go głową. Dopiero po fakcie zorientował się, że obydwaj mają na sobie hełmy i cios, choć prawdopodobnie uratował mu życie, był równie bolesny dla niego. Lecz Siegfried po tym uderzeniu odpuścił tylko na chwilę i znów przyciskał sztylet do ciała akolity. Argenta zdesperowana sięgnęła po własny sztylet, po czym dźgnęła Siegfrieda w udo, nie chcąc robić mu zbyt wielkiej krzywdy. Niestety nieznajomość budowy ludzkiego ciała oraz brak doświadczenia w walce sprawiły, że sztylet wbił się solidnie i głęboko w udo najemnika. Ten ryknął wściekle z bólu prosto w twarz akolity zaś w Argentę obficie chlusnęła krew, gdy wyszarpała sztylet z nogi towarzysza.
Wszyscy padli na ziemię ze zmęczenia lub silnego bólu. Siegfried krzyczał. Obydwu szał opuścił, ale rana w udzie byłą głęboka i mocno krwawiła.

. . .

Minęła prawie godzina zanim wszyscy uspokoili się a krwotok Siegfrieda dało się powstrzymać. Nieoceniona była także pomoc jednej z mieszkanek dzielnicy, która szybko dostarczyła jakieś zioła i szmaty do zatamowania krwawienia. Argenta doszukując się przyczyn tego zajścia uznała, że zranienie Siegfrieda przerwała ten trans, który zawładnął towarzyszami. Czy ma rację? Czy może jest to tylko zbieg okoliczności?

Mimo zajścia, wszyscy uznali, że dokończą poszukiwania, zwłaszcza że dom Dietschów miał znajdować się dwie uliczki dalej przy placu ze studnią. Siegfried z bólem i pod kijem próbował dotrzymać im kroku. Milczał.

. . .

Stara, rozpadająca się kamienica została zabezpieczona przez straż. Wejście zabito deskami aby nikt nie wchodził. Jakaś kobieta powiedziała, że odkąd doszło do tych strasznych wydarzeń w ciągu ostatnich dni wszyscy omijają to miejsce szerokim łukiem. Z okien trzeciego piętra tego budynku nieco ponad tydzień temu wyskoczył dziesięcioletni chłopczyk - Theodor rozbijając głowę na kamiennej posadzce placu – to był szok dla wszystkich. A kilka dni temu prawie cała reszta rodziny Dietschów została brutalnie wymordowana przez jakąś bestię, ich ciała zostały porozrzucane po kilku pomieszczeniach. Ludzie myślą, że dom jest nawiedzony i przeklęty. Tylko ona i parę innych osób przynoszą kwiaty i umieszczając je pod drzwiami.

Świeżo wbite gwoździe z trudem puściły. Drzwi wejściowe zaś ledwo trzymały się futryn i zawiasów. Z wnętrza dobiegał zapach brudu i stęchlizny. W powietrzu unosił się kurz i martwa cisza. Wnętrze budynku było widocznie zamieszkałe, choć zaniedbane i biedne. Koce, naczynia i porozrzucane ubrania były dawno nie myte. Z małego pokoju na pierwszym piętrze dobiegał odór pustych, gnijących przy dnie pojemników i beczek. Co jakiś czas ciszę przerywał szmer, prawdopodobnie myszy lub szczurów. Heidric ostrożnie wychylił się aby zbadać wnętrze jednego z pomieszczeń. Coś tam mlaskało i chrupało. To pies... leżał swobodnie na jednej z pryczy i ogryzał sporą kość. Nie wydawał się agresywny ani nawet zainteresowany intruzami, jednak żaden z bohaterów nie zdecydował się mu przeszkadzać.

Argenta wyszeptała jakąś tajemną inkantację, niczego nie stwierdziła.
Skrzypiącymi schodami wszyscy skierowali się na kolejne piętra. Ciemne pomieszczenia ledwo rozświetlone były ponurym zewnętrznym światłem, które wpadało przez nieszczelne okna i okiennice. Argentę cały czas swędziały palce i usta. Ślina z trudem przeciskała się przez gardło a na zębach pozostawał dziwny metaliczny smak. Siegfried i Heidric też to czuli, z resztą nie pierwszy raz w tej dzielnicy. Zaglądając na trzecim piętrze do jednego z pokojów, którego okna i okiennice były otwarte na plac pomimo deszczu dostrzegli znak życia.

Mały chłopiec kucał pod ścianą obejmując kolana i wpatrując się w mokry świat za otwartym oknem.

- To chyba Marc, ten jedyny z rodziny, który przeżył. Chyba nie zniósł tych wydarzeń za dobrze. - szepnęła Argenta do Heidrica. Siegfried osłabiony, ledwo poruszający się utknął gdzieś na schodach.
- Marc, jestem Heidric. Co tutaj robisz?
Marc nie odpowiedział, bez wyrazu wpatrywał się w okno, zupełnie jakby nikogo więcej w pokoju nie było. Na jego twarzy nie widniała żadna emocja.
- Marc, chodź z nami, nie możesz tu zostać – próbował przemówić do niego akolita – znajdziemy ciepłe miejsce, zjemy coś.
Chłopiec jakby nie istniał.
- Marc, tęsknisz za rodziną chodź, porozmawiamy.
- Jak wróci – odpowiedział pusto Marc.
- Kto taki wróci? – dopytuje Heidric.
- On wróci, Theo wróci. On zawsze gdzieś wychodził, nigdy mnie nie zabierał mnie z sobą, ale zawsze wracał. – odparł całkiem wyraźnie.
- Marc, chodź z nami, opowiesz nam o Theo.
- Nie, poczekam aż wróci – odparł zdecydowanie.
- Marc, twojego brata tu nie ma i nie wróci tu, chodź z nami, zaopiekujemy się tobą – przekonywał Heidric.
- On wróci, nie znacie go.

Siegfried zaczął się niecierpliwić – hej co z wami, wszystko w porządku? – spytał najemnik po czym osiadł na schodach, nie miał siły się ruszyć. Nie usłyszał odpowiedzi.

- Chyba będzie trzeba go stąd zabrać, chłopak jest w szoku i ma nie poukładane w głowie po tym wszystkim. – szepnął akolita do Argenty.
- Na to wygląda, niepokoi mnie to bardzo.
- Zabieramy go stąd – zdecydował Heidric – spróbujemy z nim porozmawiać, jak odpocznie... i my też.
Argenta nie odpowiedziała, nie była pewna czy to coś da i czy to jest w ogóle dobry pomysł. Czuła jak serce jej klekocze w piersi. Coś trzeba było zrobić.
- Marc, chodź z nami – Heidric wyciągnął dłoń do chłopaka. Ale ten nie zareagował.
- Słyszysz? Chodź z nami, nie możesz tu zostać. – powtórzył stanowczo, ale Marc znów nie odpowiedział.
Heidric złapał chłopca za rękę i spróbował podnieść. Ten nagle szarpnął, spojrzał gniewnym wzrokiem i krzyknął – Zostaw mnie! Nigdzie nie pójdę! On wróci! Zostaw mnie i odejdź! – wyrwał się z uchwytu Heidrica.
- Akolita nieco zaskoczony zachowaniem Marca zamarł na chwilę, po czym ponowił próbę pochwycenia chłopca.
Ten zaczął wierzgać i szarpać się. Krzyczał głośno – Zostaw mnie! Już!, Nigdzie nie idę jasne!? Wyrwał się znów z uchwytu i szybko gniewnie przemieścił pod ścianę.

Siegfried usłyszał jakieś uderzenia i głośny tupot na piętrach niżej. Miał tam zostać Tede. Zaniepokojony podniósł się. Coś warczało, mlaskało i ciężkim choć szybkim krokiem zmierzało schodami w ich stronę.
- Ej wy tam, chodźcie tutaj, coś łazi po domu, zmierza na górę! – krzyknął.

Heidric i Argenta wiedząc, że z chłopcem będą trudne przeprawy zdecydowali się wrócić do Siegfrieda, który z resztą był ranny, coś do nich wołał ale niewyraźnie.  

Argenta poczuła niepokojące wibracje w powietrzu a kolory otoczenia zbladły prawie do czerni i bieli. Zrobiło się ciepło a ciężkie, naładowane magiczną energią powietrze dławiło i powodowało chęć na wymioty. Siegfried wychylał się ze schodów spoglądając co się zbliża. Heidric i Argenta szybkim choć ostrożnym krokiem dotarli do schodów mijając najemnika. Nagle spostrzegli, że na piętro niżej wbiegł wielki, ciemnoczerwony potwór o niesamowicie długich czarnych rogach. Jego srebrne, przypominające ludzkie zęby wystawały z rozwartej paszczy. Pod twardą skórą gotowała się jakaś czerwona ciecz napędzając to niesamowite, człekokształtne o zwierzęcych nogach stworzenie, zapewniając mu niezwykłą szybkość i siłę. Potwór rzucił się z furią na bohaterów w ręku trzymając czarne, mieniące się czerwonymi światełkami ostrze na kształt długiego miecza.

Heidric i Argenta zamarli. Siegfried ostatkiem sił rzucił się przez barierkę na bestię powstrzymując jej natarcie. Zasłonił się tarczą przed szerokim zamachem potwora. Mroczne ostrze przecięło jego tarczę oraz drewnianą kolumnę wspierającą schody zupełnie tak, jakby ich nie było. Cięcie cudem minęło głowę najemnika. Pozostawiając czarny, spalony ślad połowa tarczy Siegfrieda odpadła jak równo ścięte włosy. Na drewnianej kolumnie pozostało gładkie, przypalone przecięcie, podobne do tych, które widzieli wcześniej na ścianach w pomieszczeniach. Siegfried zorientował się, że zwykła materia nie zatrzymuje ciosów broni tego stwora. Potwór był niezwykle szybki, swą masą pchnął Siegfrieda, który padł trzy metry w tył.


Heidric zebrał swe myśli i wahając się ruszył na potwora.
Argenta zorientowała się, że to jakiś przeklęty demon, nie potrafiła go sklasyfikować ale zrozumiała, że to jego krew musiała zebrać wtedy do fiolki. Wiedziała też, że bez magii niczego nie wskórają i trzeba uciekać. Cisnęła w niego magicznym pociskiem, który zrobił niewielką wyrwę w twardej, ciemnej i półprzezroczystej skórze demona. Ciemnoczerwona ciecz obficie chlusnęła z powstałej rany zalewając szybko znaczną część podłogi, potwór warknął. Heidric zamachnął się swym nowym mieczem lekko tylko uderzając potwora. Ten pełen wściekłości oddał mu uderzając z tak niewiarygodną siłą, że akolita pofrunął na kilka metrów w głąb korytarza. Demon zdążył dodatkowo zamachnąć się swym czarnym orężem sięgając Heidrica gdy ten jeszcze był w locie. Akolita odruchowo zasłonił się mieczem, lecz ten został przecięty niczym gałązka słomy pod brzytwą cudem unikając zranienia. Połowa głowni miecza wylądowała pod nogami demona w tym samym czasie co Heidric huknął o ścianę korytarza. Argencie brakło pomysłów, potwór rzucił się na leżącego Siegfrieda poczym nagle... rozpadł się na strzępy skóry i chlusnął wypełniającą go cieczą po całym pomieszczeniu. Argenta z bólem głowy osunęła się na schody, czuła jak energia magiczna rozprasza się. Potwór zniknął...

. . .

Wieczorem tego samego dnia.

Butelka krasnoludzkiej przepalanki nigdy nie była mi tak bliska – rzekł Heidric wpatrując się w glinianą butelkę stojącą na stoliku w pokoju.
Siegfried już leżał, był świeżo opatrzony ale nie spał. Argenta szybko przełknęła zawartość swojego kubka. To zbyt wiele na dziś, prześpijmy się. – przecedziła przez grymas wywołany silnym alkoholem. Była skrajnie wyczerpana i niedospana, wiedziała że zaśnięcie to dziś dla niej tylko kwestia położenia się w pryczy.
Heidric nie skomentował, przytaknął tylko. Upewnił się że drzwi są zamknięte, ugasił kaganek i również położył się.
Gospoda niziołków – Pijany Bękart była bezpieczna. Demony się tu nie kręcą. Gdy tylko światła pogasły, a wszyscy pozasypiali z wycieńczenia, tuż za oknem pojawił się ludzki cień...