poniedziałek, 1 września 2014

Altdorf we krwi cz. 2. Oblicze gniewu.

W międzyczasie młody najemnik Siegfried osobiście rozpracowuje temat zlecenia herr Landgrafa i jeszcze tego wieczora dostarcza mu skrzynkę z tajemniczą zawartością. Błądzenie po Altdorfie prowadzi go w wiele miejsc, nie wszystkie z nich to te, do których chciał dotrzeć. Dom Uciech Czerwonej Kocicy wydawał się ciekawym pomysłem na chwilę odpoczynku, zwłaszcza że naganiacz była nadzwyczaj ponętna. Siegfried oparł się jednak namowom czerwonoustej kusicielki i późnym wieczorem dotarł do domu Webberów by tam spotkać się z towarzyszami.

- Co się z nim dzieje? - Spytał najemnik ze zdziwieniem.
- Wydaje mi się, że Heidric zrobił coś czego chyba nie jest świadomy – odparła ze zmęczeniem Argenta. – Obawiam się, że ktoś znów stracił życie z jego ręki, nie wiem czy mam mu o tym powiedzieć czy zrzucić to na zły sen. Otumaniłam go i ułożyłam na pryczy, ręce i broń miał we krwi ale sam ranny nie był, sprawdziłam.
- Może lepiej mu nie mówić? – dopytał najemnik.
- Sama nie wiem, jestem zmęczona a przede mną mnóstwo pracy w laboratorium. Mam pewną sprawę, która wyskoczyła, żona Oda zachorowała, prawdopodobnie na skutek pracy nad jakimś dziwnym przepisem. Obiecałam mu że zajmę się tym, jestem im to winna.
- Potrzebujesz pomocy? – dodał najemnik wiedząc że Argenta i tak się nie zgodzi.
- Dzięki ale muszę zrobić to sama, i tak nie jestem pewna czy mi się uda. – Dopiła kubek ciepłego kompotu po czym wstała i skierowała się w stronę piwnicy.

Tuż nad ranem głuchawy huk wstrząsnął budynkiem aż z sufitu posypał się kurz. Siegfried i Odo natychmiast zbiegli do piwnicy, gdzie zastali Argentę w chmurze dymu i iskier. Natychmiast rzucili się dziewczynie do pomocy, szybko też dogasili resztę płomieni.
- Co się stało? – spytali niemal jednocześnie.
- Mały błąd –eche- -eche- w badaniach, nic mi nie jest. Obawiam się jednak –eche-, że znów zniszczyłam Ci część aparatury. – odparła dziewczyna chrapliwym głosem przerywanym kaszlem.
- A co z badaniami? – panicznie wyrzucił Odo.
- Jeszcze nie wiem, ale jak poprawię dwa drobiazgi w schemacie, to powinnam rozpracować całą jego treść – odparła z entuzjazmem Argenta, niespecjalnie przejmując się tym co przed chwilą się stało.


Argenta o mało nie niszcząc połowy domu rzeczywiście dopracowała przepis, który Martha – żona Oda - próbowała odtworzyć ostatnimi dniami ze zdobytego kawałka kartki. Podobno dostała go jako ‘bezużyteczny strzęp’ od jakiegoś kupca. Niestety dopadła ją jakaś niezwykła gorączka oraz zmiany na skórze, co ostatecznie przybiło ją do łóżka.

Pomimo tego, że Argenta wie co mniej więcej otrzyma z odtworzonego przepisu, nie ma pojęcia do czego może to służyć i co za tym idzie, nie zna wartości tej dziwnej substancji. Jedno jest pewne, nie są to byle perfumy, przepis uwzględnia użycie bardzo rzadkich i trudno dostępnych magicznych składników, więc i przeznaczenie owoców tego przepisu musi być niezwykłe.


Po paru godzinach, późnym porankiem:

- Chciałabym skonsultować się z moim mistrzem herr Holtkampem z uczelni. Jest moim promotorem i... – przerwała.
- I co? – nacisnął Odo.
- I w sumie powinnam się do niego i tak udać w sprawie ostatniego roku i moich egzaminów. Może też powie mi coś więcej na temat tego przepisu i przeznaczenia tego półproduktu.
- Jeszcze nie byłaś?! – wrzasnął zaskoczony Odo – powinnaś się cieszyć, że jeszcze cię nie wyrzucili z kolegium za taką próżność! – dodał.
- Udam się tam dzisiaj, wezmę przepis. Przy okazji, może uda mi się coś zbadać na uczelni, tutaj niestety nie mam możliwości.
- Nie mogę uwierzyć, że to dla Ciebie taka błahostka. Ruszaj czym prędzej – pospieszył ją rzucając w jej kierunku świeżą słodką bułką posypaną makiem.
- A co u Marthy? – spytała.
- Bez zmian, ale rozmawiałem z siostrą Helgą, z hospicjum, powiedziała, że ma pewne podejrzenia co do dolegliwości Marthy i obiecała za kilka dni dostarczyć lek, który ma jej pomóc. Myślę, że skorzystam z tej możliwości, choć nie wiem, czy będę w stanie za to zapłacić.
Argenta odpowiedziała milczeniem i skinieniem głowy. Odwróciła się i wyszła z kuchni.

. . .

Labirynt biedoty wcale nie zmienił się od wczoraj. Powietrze wciąż jest tu ciężkie, ciche i nieprzyjazne. Ludzie chowają się i patrzą wzrokiem mordercy. Niektórzy szepczą coś do siebie przez zęby a inni próbują ukryć drżące dłonie i nerwowość. Mokre, błotniste i śmierdzące chodniki czynią marsz dodatkowo nieprzyjemnym.
Bohaterowie błądzą po ciemnych i niebezpiecznych zaułkach dobre kilka godzin, a gdy wyczerpuje im się cierpliwość, trafiają na małego chłopca imieniem Tede, który okazuje się dobrze znać okolicę – śledził ich też od jakiegoś czasu. Młody chłopaczek jest bardzo zaradny i przedsiębiorczy. Wyciągając od towarzyszy kilka miedziaków, prowadzi ich w kilka miejsc, w których niejaki Marc mógł się pojawić.

- Myślę, że w tych kanałach znajdziemy odpowiedź. Jeśli tylko Marc odważył się wejść tam najgłębiej, być
może jest tam jakieś bezpieczne miejsce, a może przejście o którym wiedział tylko on – wywnioskował Heidric gdy wszyscy stali przy wpływie kanalizacyjnym, które wskazał im Tede jako jedno z miejsc „zabawy” chłopców. Akolita zaszedł kilka metrów w głąb ciemnego, do połowy zalanego cuchnącym szlamem korytarza. – Bez pochodni ani rusz, nawet dla mnie. Uważam jednak że warto zbadać to miejsce krzyknął do reszty.
- Heidric wyłaź stamtąd! – krzyknęła z politowaniem Argenta.
- To niemożliwe, żeby było tam cokolwiek oprócz szczurów! – dodał Siegfried
Heidric powoli wycofał się. – Zobacz jak to wygląda, nie możliwe, żeby Marc zagłębiał się w to gówno, zwłaszcza bez światła, to jednak tylko dziecko. tłumaczy Argenta.
- Wiesz, wydaje mi się to jedyne miejsce, w którym nie byliśmy, w którym nikt nie sprawdził a w którym łatwo ukryć rzeczy i zjawiska związane z wszelkimi nielegalnymi i tajnymi sprawami. – upierał się Heidric.
- Myślę że prędzej zrobisz sobie tam krzywdę, strujesz się albo dostaniesz po łbie od szurołapów albo nawet patrolu kanałowego. Argenta ma rację, nawet jeśli kanały to miejsce pełne tajemnic, to nic nie wskazuje na to, aby w jakikolwiek sposób były powiązane z morderstwami na powierzchni. – oświadczył Siegfried.
- Gdybym tu był sam, to nie czekałbym na was, tylko bym to sprawdził – odparł akolita niemal obrażając się.
- Heidriku, w sumie to nic nie stoi ci na przeszkodzie, nie jestem twoją matką i nie zamierzam cię na siłę powstrzymywać – skwitowała ostatecznie Argenta odwracając się i ruszając dalej za Tedem.
- A wiesz że to przemyślę!? – rzucił Heidric, po czym również ruszył za resztą.

. . .

- Proszę - proszę, któż to postanowił pojawić się na zajęciach. Cóż sprawia, że obdarzasz nas taką łaskawością uczennico? – przywitał sarkazmem Argentę starszy, wysuszony mężczyzna w rękawiczkach. Całe laboratorium ucichło za wyjątkiem bulgotu warzących się mikstur.
- Dobrego dnia mistrzu, chciałam z mistrzem porozmawiać...
- To dość zuchwałe z twojej strony z mojej perspektywy. – odpowiedział całkiem poważnie.
- Przepraszam, chciałam się wytłumaczyć i przekonać mistrza, że chcę skończyć naukę jak należy i podejść do egzaminów... – Erico! – przerwał jej – tylko ze względu na twoje osiągnięcia i potencjał, który w tobie drzemie jestem gotów wysłuchać Cię, ale nie możesz tak po prostu przychodzić sobie na zajęcia kiedy tylko tobie pasuje, jak do jakiegoś zamtuza i wymuszać na mnie jakiekolwiek konsultacje! Myślisz, że zawsze wszyscy będą dookoła ciebie skakać?! – oświadczył stanowczo choć spokojnie. – jestem ciekaw w jaki sposób zamierzasz podejść do egzaminów z takimi zaległościami i co w tej sprawie zaproponujesz...
Erica pobladła, wiedziała, że nie może naciskać bo nie osiągnie swego celu. Ale było jednak coś znacznie ważniejszego.
- Mistrzu potrzebuję teraz konsultacji z mistrzem! Musi mnie mistrz wysłuchać! To kwestia życia i śmierci! – wytłumaczyła adeptka z lekką przesadą.
Herr Holtkamp zamarł, ale bardziej z zaciekawienia niż z szoku czy oburzenia. Znał Argentę dobrze i wiedział, że może mieć rzeczywiście coś ciekawego do powiedzenia. Opuścili obydwoje laboratorium.
- Chciałam prosić mistrza o udostępnienie akademickich odczynników i aparatury aby zbadać zawartość tej fiolki – wyjaśniła wyciągając fiolkę z próbką krwi, którą zebrała w jednym z miejsc brutalnych morderstw z Reikerbahn. – Cóż to jest? – dopytał mistrz.
- W Reikerbahn dzieją się straszne rzeczy, z którymi niestety władze mnie powiązały, choć nie jestem winna tego co tam się dzieje. Potrzebuję pomocy aby oczyścić siebie i moich przyjaciół z zarzutów. Chcę zbadać tą krew, jestem przekonana, że nie jest naturalna ale muszę to udowodnić. Proszę mistrza o zrozumienie i...
- Erico, przeginasz – znów przerwał mistrz.
- ...i obiecuję, że się to będzie mistrzowi opłacało! To ta druga sprawa! – nie pozwoliła sobie przerwać Argenta.
Herr Holtkamp pozwolił jej dokończyć.
- Mam tu przepis, który niedawno rozpracowałam. Chciałabym aby mistrz przyjrzał się tym wzorom i powiedział co o tym sądzi. Chciałabym aby mistrz sprawdził czy nie popełniłam błędu. A może mistrz wie czym jest produkt tego przepisu i do czego służy?
Holtkamp wziął do rąk notatki sporządzone przez adeptkę. Nie wręczyła mu jednak oryginału a jedynie własną pracę. – Sporo tu tego – skomentował zakładając okulary na nos. Sama to wszystko zrobiłaś?
- Tak, to znaczy prawie. Miałam jedynie wstępne dane opracowane przez moją znajomą. Na podstawie tego co zgromadziła odtworzyłam przepis, prostym doświadczeniem zbadałam prawidłowość głównych reakcji i wszystko wskazuje na to, że udało mi się to skompletować. Produkt tych reakcji wydaje się być sensowny, ale zastanawiałam się do czego to może służyć i czy przypadkiem nie popełniłam błędu.
- Erico ale tu są potrzebne bardzo rzadkie substraty, ten przepis wygląda na średnio akceptowalny z punktu widzenia prawa. – skomentował pobieżnie przeglądając papiery.
- Zdaję sobie z tego sprawę mistrzu ale nie mam do kogo z tym pójść. Tylko mistrz ma odpowiednią wiedzę. Miałam nadzieję na zrozumienie i dyskrecję.
- Przyjrzę się temu – zdecydował herr Holtkamp, ale potrzebuję na to trochę czasu. A ty lepiej nie chwal się na wszystkie strony o tym. Możesz skorzystać z laboratorium, masz czas do południa. Przyjdź do mnie za kilka dni, i zastanów się nad swoją karierą, oczekuję że zaproponujesz coś od siebie jeśli mam tolerować Twoje podejście i dopuścić Cię do egzaminu. – podsumował magister kończąc rozmowę.

. . .

Coś jest w powietrzu, Argencie cały czas drżały palce, zupełnie jakby w dłoni miała potężny magiczny przedmiot, nie potrafi tego wyjaśnić a już na pewno opanować. Za plecami słyszy chlapiące kroki Siegfrieda i Heidrica, którzy do tego nerwowo sapią i cedzą przekleństwa przez zęby.
- Czy możesz do cholery przestać pieprzyć!? - ryknął gniewnie przez plecy Siegfried.
- Mam już dość twojego sapania i marudzenia! Choć raz powiedziałbyś wprost coś sensownego a nie milczał i burczał pod nosem! – odparł Heidric równie gniewnie.
- Słuchaj palancie, mam dosyć tego jak się wymądrzasz i panoszysz, cały czas zaciągasz nas w jakieś gówniane uliczki nie mając żadnego pomysłu a do tego ciągle bredzisz o tej swojej siostrze! Ile jeszcze będziemy robili to czego ty chcesz!? – rzucił zatrzymując się i odwracając do Heidrica.
- Tak długo jak tylko taki bezmózg jak ty będzie potrzebował mnie jako niańki! Moze sam dla odmiany ruszysz łbem? Czy może masz tam za daleko!? Do Argenty dotarły dopiero te ostatnie słowa, z niedowierzaniem spojrzała na młodego kleryka, nie poznała go. Jednocześnie widziała Siegfrieda, który dobył swój tasak i rzucił się wściekle na Heidrica.
- Dosyć tego łysolu, pokaże Ci kto będzie zaraz potrzebował niańki! – warknął przez zęby i skoczył na akolitę zamachując się w kierunku jego głowy.
Heidric w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem próbując zepchnąć najemnika na ścianę budynku. Ten jednak oparł się naporowi po czym silnym zamachem uderzył Heidrica w brzuch odpychając go nieco. Heidric o mało nie poślizgnął się, ale zdążył dobyć swój nowy, lśniący miecz. Siegfried zrobił kolejny zamach, akolita cudem sparował cios po czym wykonał cięcie, zmuszając Siegfrieda do zwiększenia dystansu. Akolita utrzymał stabilność i naparł na najemnika uderzając go barkiem, posyłając prosto na ścianę budynku.

Argenta nie bardzo wiedziała co zrobić. Uliczka była wąska i pełna śliskiego błota, nie chciała skrzywdzić żadnego z towarzyszy, dotarło do niej, że opętało ich to samo co mieszkańców tej dzielnicy, którzy doprowadzają do podobnych bójek. Doskoczyła bliżej, szukając okazji do interwencji.

Siegfried mocno huknął w ścianę budynku, ale dał radę na ślepo odwinąć się tasakiem. Doskonale naostrzona broń rozcięła rękaw niedoświadczonego w walce akolity upuszczając stróżkę krwi. Heidric zrozumiał, że traci przewagę i spróbował podciąć ledwo stojącego oponenta. Siegfried runął w błoto wyrzucając z zamachu miecz w powietrze, zdołał jednak szarpnąć Heidrika i pociągnąć go z sobą w śmierdzące błoto.
Obydwaj tarzali się teraz w błotnistej uliczce jak dwa wieprze w najlepszej zabawie w deszczowy dzień. Argenta spróbowała złapać Siegfrieda za nogę i odciągnąć go, ale ten silnym kopniakiem odepchnął ją, posyłając jej tyłek prosto w błoto. Najemnik zgrabnie zdołał wydobyć sztylet zza pasa i próbował nim dźgnąć Heidrica, ten zaś szybko uchwycił jego nadgarstek nie dopuszczając ostrza do swego gardła. Argenta nieco niezdarnie wstała i znów złapała najemnika za nogę rozpraszając go tym sposobem. Heidric czuł że nie da rady długo powstrzymać masy Siegfrieda i zdecydował uderzyć go głową. Dopiero po fakcie zorientował się, że obydwaj mają na sobie hełmy i cios, choć prawdopodobnie uratował mu życie, był równie bolesny dla niego. Lecz Siegfried po tym uderzeniu odpuścił tylko na chwilę i znów przyciskał sztylet do ciała akolity. Argenta zdesperowana sięgnęła po własny sztylet, po czym dźgnęła Siegfrieda w udo, nie chcąc robić mu zbyt wielkiej krzywdy. Niestety nieznajomość budowy ludzkiego ciała oraz brak doświadczenia w walce sprawiły, że sztylet wbił się solidnie i głęboko w udo najemnika. Ten ryknął wściekle z bólu prosto w twarz akolity zaś w Argentę obficie chlusnęła krew, gdy wyszarpała sztylet z nogi towarzysza.
Wszyscy padli na ziemię ze zmęczenia lub silnego bólu. Siegfried krzyczał. Obydwu szał opuścił, ale rana w udzie byłą głęboka i mocno krwawiła.

. . .

Minęła prawie godzina zanim wszyscy uspokoili się a krwotok Siegfrieda dało się powstrzymać. Nieoceniona była także pomoc jednej z mieszkanek dzielnicy, która szybko dostarczyła jakieś zioła i szmaty do zatamowania krwawienia. Argenta doszukując się przyczyn tego zajścia uznała, że zranienie Siegfrieda przerwała ten trans, który zawładnął towarzyszami. Czy ma rację? Czy może jest to tylko zbieg okoliczności?

Mimo zajścia, wszyscy uznali, że dokończą poszukiwania, zwłaszcza że dom Dietschów miał znajdować się dwie uliczki dalej przy placu ze studnią. Siegfried z bólem i pod kijem próbował dotrzymać im kroku. Milczał.

. . .

Stara, rozpadająca się kamienica została zabezpieczona przez straż. Wejście zabito deskami aby nikt nie wchodził. Jakaś kobieta powiedziała, że odkąd doszło do tych strasznych wydarzeń w ciągu ostatnich dni wszyscy omijają to miejsce szerokim łukiem. Z okien trzeciego piętra tego budynku nieco ponad tydzień temu wyskoczył dziesięcioletni chłopczyk - Theodor rozbijając głowę na kamiennej posadzce placu – to był szok dla wszystkich. A kilka dni temu prawie cała reszta rodziny Dietschów została brutalnie wymordowana przez jakąś bestię, ich ciała zostały porozrzucane po kilku pomieszczeniach. Ludzie myślą, że dom jest nawiedzony i przeklęty. Tylko ona i parę innych osób przynoszą kwiaty i umieszczając je pod drzwiami.

Świeżo wbite gwoździe z trudem puściły. Drzwi wejściowe zaś ledwo trzymały się futryn i zawiasów. Z wnętrza dobiegał zapach brudu i stęchlizny. W powietrzu unosił się kurz i martwa cisza. Wnętrze budynku było widocznie zamieszkałe, choć zaniedbane i biedne. Koce, naczynia i porozrzucane ubrania były dawno nie myte. Z małego pokoju na pierwszym piętrze dobiegał odór pustych, gnijących przy dnie pojemników i beczek. Co jakiś czas ciszę przerywał szmer, prawdopodobnie myszy lub szczurów. Heidric ostrożnie wychylił się aby zbadać wnętrze jednego z pomieszczeń. Coś tam mlaskało i chrupało. To pies... leżał swobodnie na jednej z pryczy i ogryzał sporą kość. Nie wydawał się agresywny ani nawet zainteresowany intruzami, jednak żaden z bohaterów nie zdecydował się mu przeszkadzać.

Argenta wyszeptała jakąś tajemną inkantację, niczego nie stwierdziła.
Skrzypiącymi schodami wszyscy skierowali się na kolejne piętra. Ciemne pomieszczenia ledwo rozświetlone były ponurym zewnętrznym światłem, które wpadało przez nieszczelne okna i okiennice. Argentę cały czas swędziały palce i usta. Ślina z trudem przeciskała się przez gardło a na zębach pozostawał dziwny metaliczny smak. Siegfried i Heidric też to czuli, z resztą nie pierwszy raz w tej dzielnicy. Zaglądając na trzecim piętrze do jednego z pokojów, którego okna i okiennice były otwarte na plac pomimo deszczu dostrzegli znak życia.

Mały chłopiec kucał pod ścianą obejmując kolana i wpatrując się w mokry świat za otwartym oknem.

- To chyba Marc, ten jedyny z rodziny, który przeżył. Chyba nie zniósł tych wydarzeń za dobrze. - szepnęła Argenta do Heidrica. Siegfried osłabiony, ledwo poruszający się utknął gdzieś na schodach.
- Marc, jestem Heidric. Co tutaj robisz?
Marc nie odpowiedział, bez wyrazu wpatrywał się w okno, zupełnie jakby nikogo więcej w pokoju nie było. Na jego twarzy nie widniała żadna emocja.
- Marc, chodź z nami, nie możesz tu zostać – próbował przemówić do niego akolita – znajdziemy ciepłe miejsce, zjemy coś.
Chłopiec jakby nie istniał.
- Marc, tęsknisz za rodziną chodź, porozmawiamy.
- Jak wróci – odpowiedział pusto Marc.
- Kto taki wróci? – dopytuje Heidric.
- On wróci, Theo wróci. On zawsze gdzieś wychodził, nigdy mnie nie zabierał mnie z sobą, ale zawsze wracał. – odparł całkiem wyraźnie.
- Marc, chodź z nami, opowiesz nam o Theo.
- Nie, poczekam aż wróci – odparł zdecydowanie.
- Marc, twojego brata tu nie ma i nie wróci tu, chodź z nami, zaopiekujemy się tobą – przekonywał Heidric.
- On wróci, nie znacie go.

Siegfried zaczął się niecierpliwić – hej co z wami, wszystko w porządku? – spytał najemnik po czym osiadł na schodach, nie miał siły się ruszyć. Nie usłyszał odpowiedzi.

- Chyba będzie trzeba go stąd zabrać, chłopak jest w szoku i ma nie poukładane w głowie po tym wszystkim. – szepnął akolita do Argenty.
- Na to wygląda, niepokoi mnie to bardzo.
- Zabieramy go stąd – zdecydował Heidric – spróbujemy z nim porozmawiać, jak odpocznie... i my też.
Argenta nie odpowiedziała, nie była pewna czy to coś da i czy to jest w ogóle dobry pomysł. Czuła jak serce jej klekocze w piersi. Coś trzeba było zrobić.
- Marc, chodź z nami – Heidric wyciągnął dłoń do chłopaka. Ale ten nie zareagował.
- Słyszysz? Chodź z nami, nie możesz tu zostać. – powtórzył stanowczo, ale Marc znów nie odpowiedział.
Heidric złapał chłopca za rękę i spróbował podnieść. Ten nagle szarpnął, spojrzał gniewnym wzrokiem i krzyknął – Zostaw mnie! Nigdzie nie pójdę! On wróci! Zostaw mnie i odejdź! – wyrwał się z uchwytu Heidrica.
- Akolita nieco zaskoczony zachowaniem Marca zamarł na chwilę, po czym ponowił próbę pochwycenia chłopca.
Ten zaczął wierzgać i szarpać się. Krzyczał głośno – Zostaw mnie! Już!, Nigdzie nie idę jasne!? Wyrwał się znów z uchwytu i szybko gniewnie przemieścił pod ścianę.

Siegfried usłyszał jakieś uderzenia i głośny tupot na piętrach niżej. Miał tam zostać Tede. Zaniepokojony podniósł się. Coś warczało, mlaskało i ciężkim choć szybkim krokiem zmierzało schodami w ich stronę.
- Ej wy tam, chodźcie tutaj, coś łazi po domu, zmierza na górę! – krzyknął.

Heidric i Argenta wiedząc, że z chłopcem będą trudne przeprawy zdecydowali się wrócić do Siegfrieda, który z resztą był ranny, coś do nich wołał ale niewyraźnie.  

Argenta poczuła niepokojące wibracje w powietrzu a kolory otoczenia zbladły prawie do czerni i bieli. Zrobiło się ciepło a ciężkie, naładowane magiczną energią powietrze dławiło i powodowało chęć na wymioty. Siegfried wychylał się ze schodów spoglądając co się zbliża. Heidric i Argenta szybkim choć ostrożnym krokiem dotarli do schodów mijając najemnika. Nagle spostrzegli, że na piętro niżej wbiegł wielki, ciemnoczerwony potwór o niesamowicie długich czarnych rogach. Jego srebrne, przypominające ludzkie zęby wystawały z rozwartej paszczy. Pod twardą skórą gotowała się jakaś czerwona ciecz napędzając to niesamowite, człekokształtne o zwierzęcych nogach stworzenie, zapewniając mu niezwykłą szybkość i siłę. Potwór rzucił się z furią na bohaterów w ręku trzymając czarne, mieniące się czerwonymi światełkami ostrze na kształt długiego miecza.

Heidric i Argenta zamarli. Siegfried ostatkiem sił rzucił się przez barierkę na bestię powstrzymując jej natarcie. Zasłonił się tarczą przed szerokim zamachem potwora. Mroczne ostrze przecięło jego tarczę oraz drewnianą kolumnę wspierającą schody zupełnie tak, jakby ich nie było. Cięcie cudem minęło głowę najemnika. Pozostawiając czarny, spalony ślad połowa tarczy Siegfrieda odpadła jak równo ścięte włosy. Na drewnianej kolumnie pozostało gładkie, przypalone przecięcie, podobne do tych, które widzieli wcześniej na ścianach w pomieszczeniach. Siegfried zorientował się, że zwykła materia nie zatrzymuje ciosów broni tego stwora. Potwór był niezwykle szybki, swą masą pchnął Siegfrieda, który padł trzy metry w tył.


Heidric zebrał swe myśli i wahając się ruszył na potwora.
Argenta zorientowała się, że to jakiś przeklęty demon, nie potrafiła go sklasyfikować ale zrozumiała, że to jego krew musiała zebrać wtedy do fiolki. Wiedziała też, że bez magii niczego nie wskórają i trzeba uciekać. Cisnęła w niego magicznym pociskiem, który zrobił niewielką wyrwę w twardej, ciemnej i półprzezroczystej skórze demona. Ciemnoczerwona ciecz obficie chlusnęła z powstałej rany zalewając szybko znaczną część podłogi, potwór warknął. Heidric zamachnął się swym nowym mieczem lekko tylko uderzając potwora. Ten pełen wściekłości oddał mu uderzając z tak niewiarygodną siłą, że akolita pofrunął na kilka metrów w głąb korytarza. Demon zdążył dodatkowo zamachnąć się swym czarnym orężem sięgając Heidrica gdy ten jeszcze był w locie. Akolita odruchowo zasłonił się mieczem, lecz ten został przecięty niczym gałązka słomy pod brzytwą cudem unikając zranienia. Połowa głowni miecza wylądowała pod nogami demona w tym samym czasie co Heidric huknął o ścianę korytarza. Argencie brakło pomysłów, potwór rzucił się na leżącego Siegfrieda poczym nagle... rozpadł się na strzępy skóry i chlusnął wypełniającą go cieczą po całym pomieszczeniu. Argenta z bólem głowy osunęła się na schody, czuła jak energia magiczna rozprasza się. Potwór zniknął...

. . .

Wieczorem tego samego dnia.

Butelka krasnoludzkiej przepalanki nigdy nie była mi tak bliska – rzekł Heidric wpatrując się w glinianą butelkę stojącą na stoliku w pokoju.
Siegfried już leżał, był świeżo opatrzony ale nie spał. Argenta szybko przełknęła zawartość swojego kubka. To zbyt wiele na dziś, prześpijmy się. – przecedziła przez grymas wywołany silnym alkoholem. Była skrajnie wyczerpana i niedospana, wiedziała że zaśnięcie to dziś dla niej tylko kwestia położenia się w pryczy.
Heidric nie skomentował, przytaknął tylko. Upewnił się że drzwi są zamknięte, ugasił kaganek i również położył się.
Gospoda niziołków – Pijany Bękart była bezpieczna. Demony się tu nie kręcą. Gdy tylko światła pogasły, a wszyscy pozasypiali z wycieńczenia, tuż za oknem pojawił się ludzki cień...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz